(felieton)
Znałem kiedyś jedną ekolożkę. Wegetarianka. Przez nią zetknąłem się z ekologami "głębokimi" i tymi płytszymi. Naprawdę byłem pod wrażeniem. Wrażliwość na los czujących istot. Świadomość zagrożeń dla życia na ziemi. Ona i jej podobni wydawali mi się być ludźmi o szerszych horyzontach umysłowych niż ci zwyczajni, otaczający na codzień. Zacząłem przejmować ich sposób rozumowania, nieco styl życia.
Wszystkich, a na pewno większość, łączyła z pewnością jedna rzecz: niechęć do Kościoła katolickiego. Trafili w mój gust, bowiem instytucjonalne chrześcijaństwo, zwłaszcza w rzymskim rycie postrzegałem jako element "systemu zniewolenia". Pojęcie to, mocno nieostre, było zarazem nader pojemne. Dlatego i ja zacząłem interesować się wschodnimi "filozofiami", oczywiście podanymi w sposób strawny dla ludzi stąd, czyli w wersji New Age. Chciałem rozwijać się duchowo. Mój niepokój budziło otwarcie tego środowiska na ezoterykę. Mimo buntu byłem ukształtowany przez taką a nie inną religię i to powodowało mój sceptycyzm. Jednak pod wpływem przeżyć i lektur jakoś te sprawy zacząłem godzić, co zaowocowało amatorskim zajęciem się geomancją (metoda wróżbiarstwa), a potem próbą nauczenia się przepowiadania runami.
Lektura gazetek ekologicznych też powodowała pewien dyskomfort. W jednym z nich przeczytałem, że zaangażowany bojownik o Matkę Ziemię nie powinien mieć partnera i dzieci, bo to będzie krępować jego swobodę w działaniu na rzecz. Inne publikacje ukazywały wręcz ludzi jako tkankę rakową na ciele planety, niszczącą ją bezmyślnie aż do i własnej zagłady. Analogia wydawała się trafna, przecież żaden nowotwór nie przeżyje ciała, które pożera.
Nie do końca podzielałem taki pogląd. Wydawał mi się zbyt radykalny. Przecież i ja jestem człowiekiem! I chcę mieć dzieci! Uważałem, że nie można traktować własnego gatunku jako złego z definicji. Ratunek widziałem w wychowaniu.
Kiedy z czasem zapoznałem się z postulatami partii politycznych utożsamiających się z nurtem "Zieloni" z różnych państw, uderzyło mnie jedno, zarazem mocno: wszystkie są za dostępem do... aborcji. Nie wytrzymałem: jak to? Płaczecie nad zwierzętami z farm hodowlanych, a chcecie zabijać ludzi? Gdzie tu konsekwencja? I wtedy coś we mnie chrupnęło i pękło. Tyle się naczytałem i nasłuchałem o niestosowaniu przemocy, pacyfizmie, humanitaryzmie, a tu przyzwolenie - nie! poparcie dla morderstw. Poczułem się oszukany. Niesłusznie. To przecież walka z rakiem niszczącym Ziemię. I skutki przyjmowania duchowości Wschodu: człowiek jest tylko jednym z rodzajów bytów fizycznych, w niczym nie lepszy od zwierząt. Dlatego ważniejsza od niego jest populacja endemicznego gatunku pluskwiaków na jakiejś wulkanicznej wysepce, bo jest nieduża i może wyginąć.
Populacja - nie wysepka.
Minęły lata. Ekolożka przestała być ekolożką i wegetarianką, ja też wróciłem do pokarmów mięsnych. Porzuciłem ezoterykę. Ludzie gdzieś się porozchodzili. Produkty wegetariańskie, a właściwie wegańskie, są w każdym markecie. Reklamowane jako bezpieczniejsze dla Ziemi i lepsze dla człowieka. O ile nie został wyskrobany..