czwartek, 30 czerwca 2022

Kim jest romantyk?

Nieudanym modelem człowieka,
W swej istocie zaprzeczeniem tego,
Co się na człowieka składa,
Bo dany nam rozum stawia wymagania,
Których romantyk nie respektuje:

Dozgonne służenie najgłupszej nawet sprawie,
Tylko dlatego, że z góry przegrana,
Jest obracaniem w perzynę zasad logiki,
Bo nie każdy ścigany przez wściekły tłum
Nie zasługuje na lincz,
I nie każda miłość godna jest samospalenia.

Romantyzm, chociaż autodestrukcyjny,
Jest w swej istocie pójściem na łatwiznę.
Zamiast codziennej żmudnej pracy
Proponuje fajewerki przed kamerami:
Widowiskowe samobójstwa,
Rzucanie obelg w stronę policjantów,
Kamieni w witryny drogich sklepów.
Wszystko w imię postępu i braterstwa,
Ale nie dla każdego.

Dlatego nigdy nie lubiłem romantyków:
I tych dawnych opiewających bohaterskie
Wysadzenie powstańczej reduty,
Które zresztą nigdy nie miało miejsca,
Ani tych niedawnych, którzy równali
Całe społeczeństwa w dół, pasąc się przy tym
Jak gzy i kleszcze,
Ani tych współczesnych, nie respektujących
Zasad optyki, a walczących o prawo
Do bycia dumnym ze spraw mocno wstydliwych.


30.06.2022

(Bez)względność czasu

Brak poczucia czasu...
Mam to odkąd pamiętam.
Spóźniłem się na egzamin wstępny do liceum
Z matematyki - co za ironia!
Pomiar czasu to też przecież matematyka.

Nie zdążałem na ważne spotkania czy do pracy,
Ale puktualnie trafiałem do nieodpowiednich miejsc
I na niewłaściwych ludzi.

Przypuszczam, że na własny pogrzeb
Też się spóźnię.
Będą musieli zacząć beze mnie.
Jakież to symboliczne.


30.06.2022

wtorek, 28 czerwca 2022

Wiecie, kiedyś miałem marzenie

Dożyję do setki. Jako dziecko byłem wrogiem palenia. Jako młodzieniec odrzuciłem na kilka lat jedzenie mięsa. Między innymi niby dla zdrowia. I wiecie co? Jestem przerażony współczesnym światem. Nie chodzi nawet o wojny! Mój sprzeciw budzi rewolucja obyczajowa. I idąca za nią patologizacja języka i znaczeń. Sztandarowa tolerancja ma obecnie znaczyć bezwarunkową akceptację dla zboczeń. Zboczeńcy oczywiście nie muszą być tolerancyjni. To są nowi nadludzie i im wolno więcej. Dyplomacja oznacza lizanie dupy tym mordercom i satrapom, z którymi rządzący prowadzą interesy. Mam być zadowolony z wielości kultur "pod jednym dachem". Tylko, że niektóre kultury są gotowe wyrżnąć pozostałe, jeśli tylko zdobędą przewagę. Papież, który powinien w sposób jasny i jednoznaczny bronić zasad moralnych, bredzi tak, że potem trzeba go tłumaczyć zniesmaczonym, co niby naprawdę miał ma myśli. Jakoś Jan Paweł II nie wymagał interpretatorów. Kiedy byłem w zdecydowanej opozycji do Kościoła i chciałem żyć po swojemu, w życiu mi nie przyszło do głowy, aby być z tą jedyną i ukochaną bez jakiejkolwiek formy ślubu! Świat w ciągu prawie trzech dekad stał mi się obcy. Ten stan się pogłębia. Obawiam się, że gdybym dożył tej wymarzonej kiedyś setki, otaczaliby mnie wyłącznie osobnicy innego, nowego już gatunku homo, z którymi nie będę mógł już się zupełnie porozumieć na poziomie leksykalnym oraz, co smutniejsze, semantycznym. 

Koniec historii

Być może kiedyś, w późnej starości
Nasze drogi znowu się zejdą,
Może na ławce, może w kościele,
A może w zupełnie innym miejscu.

Popatrzysz na mnie zza grubych szkieł,
Potrząśniesz już mniej bujnymi włosami,
Uśmiechniesz się nawet nieco zalotnie,
Błyskając nie całkiem własnymi zębami.

A mnie serce zabije znów mocniej,
Choć lekarz stanowczo zabronił wzruszeń,
Nieśmiało wtedy podejdę do ciebie
I dłoń twoją w ciszy do ust podniosę.

Tak posiedzimy milcząc wymownie,
Bo słowa będą już niepotrzebne,
Moja ręka twoją delikatnie uściśnie,
To będzie nasze ciche wesele.

I już zawsze będziesz młodą dziewczyną
Z błyskami w oczach, rudawymi lokami,
Noskiem uroczo zmarszczonym jak wtedy...
Boże, zachowaj mnie od tego nieszczęcia!

...holizm

Zrobiłem pierwszy krok ku wyzwoleniu
Przyznając się przed sobą
Że jestem niewolnikiem nałogu
Chcę wytrzeźwieć i odzyskać
Utraconą dwadzieścia dziewięć lat temu
Kontrolę nad własnym życiem
Zewnętrznym i wewnętrznym
Nie chcę już rozpamiętywać
Ani pytać dlaczego
Nie zamierzam więcej kultywować
Dawnych wspólnych rutuałów
Które ty już dawno porzuciłaś
Pragnę zobojętnieć na nazwy miejsc
Kojarzących mi się jeszcze wyłącznie z tobą
Niech brzmią w moich uszach obojętnie
A najlepiej obco
Bym kiedyś mógł odkryć je na nowo
I nie cierpiał z tego powodu
Nie będę już twoim niechcianym satelitą
Nie odbiję jak zmętniałe stare lustro
Dawno zgasłego światła
Bo nareszcie przestałaś być gwiazdą
Teraz będę nią ja
Zaświęcę własnym blaskiem
I ogrzeję ciepłym oddechem tych
Którzy czekają na moją miłość
Już ich więcej nie zawiodę
Bo będę wreszcie należeć do siebie

28.06.2022

niedziela, 26 czerwca 2022

To my

My bezcielesni
Nie oddziałujemy grawitacyjnie
Bo nic nie ważymy 

Nie posiadamy żadnej gęstości
Dlatego wszyscy się mieścimy
Na łebku od szpilki 

Jesteśmy tylko mglistym
I być może niechcianym wspomnieniem
Jak echo powidok lub cień 

To my odpowiadamy za déjà vu
Sny o lataniu
I o spadaniu w przepaść


26.06.2022

środa, 22 czerwca 2022

Pogo-go club

Before:
Dziewczyny-słodkie maliny
Chłopaki-wolne ptaki

***

Botoks, fitness, forsa, hedonizm, 
Joga, kariera, korpo, medytacja,
Moda, siłownia, SPA, sterydy, 
Sylikon, tatuaże, weganizm, zen

***

After:
Kobiety-żylety
Faceci-atleci


22.06.2022

wtorek, 21 czerwca 2022

Pozer

(erotyk)

Wiesz, nigdy nie byłem
Prawdziwym punkiem,
Nie miałem jaj.
Kiedy twoja matka dobijała się
Wieczorami do nas ze słowami:
"Słuchaj, czy twoi rodzice nie denerwują się,
Że tak długo nie wracasz",
Należało odpowiedzieć:
"Zaraz wychodzę, tylko skończę
Posuwać pani córkę",
Nawet jeśli do niczego nie doszło.


14.06.2022

jak mnie kochasz?

najpierw kochałem cię jak Dziewczynę
a gdy gładziłem twoje złotorude włosy
nieznana mi wcześniej energia
rozpaliła mózg do czerwoności
i zakłóciła normalną pracę serca

kochałem cię jak Kobietę zbyt wcześnie
z wszelkimi tego konsekwencjami
dobrymi i złymi aż do rozstania włącznie
bo pieczęć nie była jeszcze nałożona
kapłan nie udzielił błogosławieństwa

kochałem cię jak Siostrę choć wolałem
pokochać jak Przyjaciółkę ale na to mi
nie pozwoliłaś
i chociaż bratu nie mówi się wszystkiego
towarzyszyłem ci w twoich sukcesach
pocieszałem w smutku

pokochałem cię jak się kocha Dziecko
krnąbrne i przemądrzałe
nie raz płakałem przez ciebie
bo zaczęłaś iść przez życie na skróty
aż straciłaś cel z oczu

a teraz kocham wspomnienie na starej fotografii
choć w albumie nie została żadna
gładzę niewidzialne wyblakłe włosy
i uśmiecham się bo kiedyś
pokochałem cię jak Dziewczynę

Ostatnia posługa

A gdy już będę umierać
I umysł okryje całun
Ty wtedy do mnie przyjdziesz
I nieważne że tylko ja cię zobaczę
To nawet lepiej

Nie będziesz się brzydzić moich zsiniałych ust
Choć za chwilę będę padliną
Pochylisz się nade mną
Czoło muśniesz lokami
Jak kiedyś

Szepniesz mi do ucha to
Na co czekałem od... już nie pamiętam
I nawet mnie nie oszukasz
Bo to przecież nie będziesz
Prawdziwa ty

Wszystko po staremu

W dawnych czasach żeby zaimponować
Upatrzonej dziewczynie
Trzeba było grać w kapeli
Niestety nieprawdłowo pracujący mózg
Nie pozwolił mi na opanowanie gry
Na jakimkolwiek instrumencie
Nawet tak prymitywnym 
Jak tamburyn

Po latach znowu chciałem zaimponować
Tej samej dziewczynie i zacząłem pisać
Niestety nieprawidłowo pracujący mózg
Nie pozwolił mi wyjść poza ograne riffy
Poza tym dawna dziewczyna
Zdążyła stać się kobietą 
Kobieta damą
A dama damulą
I już nie interesują jej głupoty

Jak zwykle...

W młodości nie miałem nic porządnego
Ani roweru
Ani hi-fi
Ani ocen

Teraz to samo
Tylko jakieś idiotyczne huśtawki nastrojów
Zamiast solidnej choroby afektywnej dwubiegunowej

A ty nie odpuszczasz

Śniłaś mi się. W sumie nic nowego.
Byłaś w takim uniwersalnym wieku.
Mogłaś mieć lat dwadzieścia kilka,
Albo dwadzieścia kilka więcej. Trudno powiedzieć.

Tak właśnie przedstawia się świętych:
Jednocześnie młodych i dojrzałych.
(Młodo dojrzałych?)
(Młodo-dojrzałych?)
(Młododojrzałych?)
Albo Ojców Narodu na propagandowych plakatach.

Byliśmy chyba w moim starym ciasnym pokoju.
Obejrzeliśmy jakiś film.
A POTEM ROZMAWIALIŚMY.
Boże, ależ to było ekstatyczne! Niczym świętych obcowanie!
Nawet cię lekko przytuliłem, a ty nie byłaś naburmuszona.
Oczy ci się uśmiechały, a ja nie miałem brzucha.
Też chyba byłem w wieku uniwersalnym.
Ileż to już lat?

DNA

Nie będzie więcej pielgrzymowania
Do świętych miejsc pod twoim wezwaniem
Suchego liścia stamtąd nie przywiozę
Ani wody z cudownego źródełka
Które wytrysnęło z dziury w ziemi
Zrobionej przez twój cienki obcas
I wiesz co? Omijaj moje okolice
Nie pojawiaj się nawet przypadkiem
Nie chcę cię widzieć słyszeć czuć
Ani smakować
Wolałbym cię zabić
Zobaczysz wreszcie jak to jest umierać
I tak będziesz miała szczęście
Bo twoja śmierć nadejdzie szybko
A moja ciągnie się od trzydziestu lat
I kiedy twoje prochy rozwieje wiatr
Ja nadal będę się rozpadać jak trędowaty
Wyć z bólu i tęsknić za tobą
Aż do zerwania ostatniej nici mojego DNA

Spadek formy

O ile wiatr doskonale potrafi
Skutecznie rozszarpać wszelkie złudzenia
Wymieść je z czaszki jak suche liście
Zimą oddechem zgasić każdy przebłysk nadziei
A swoim wyciem sprowadzić śmierć z rozpaczy

To wczoraj nie umiał sobie poradzić
Ze zwyczajnym dymem
Wstydliwie skulony
Niemalże do pozycji embrionalnej
Musiałem wysłuchiwać uwag sąsiadów:
"Co za cham pali papierosy na balkonie!"

Zebra Girl

Żadna kobieta na świecie
Nie jest tak piękna jak Zebra Girl
Z teledysku Davida Bowiego,
Nastrojowej reklamy filmu Absolute Beginners.
Ani jedna.

Nie jesteście tak niepokojąco tajemnicze,
Zwiewne i pociągające, wieczne obietnice,
Tak warte kochania, bo nigdy niezdobyte.
Nawet Vanessa Walker, grająca ją modelka,
Nigdy taką pewnie nie była
I już tak nie wygląda, wszak minęło 35 lat.

Ale stajecie się takie w naszych opowieściach,
Snutych przez nas w naszych mózgach, sercach,
I bez słuchaczy,
Od czasu kiedy nas zostawiłyście
Dla lepszych możliwości,
I to jest beznadziejnie głupie.

A jeśli nawet udałoby się cofnąć czas
Nie sprostacie naszym oczekiwaniom,
Zbyt wysoko wyobraźnia kosztem pamięci
Postawiła wam poprzeczkę.

https://youtu.be/iCJLOXqnT2I

Planuję długie życie

Kupiłem nowe buty.
Szczęście, jakie mi dały
Przedłuży moje życie
O kolejne trzy miesiące.
Na tyle wystarczy endorfin.
Potem się zobaczy, na co
Jeszcze będzie mnie stać.
Zawsze zostają drobne na papierosy,
A to już doba życia dłużej.

Śmierć cywilna

Na razie umieram tylko wirtualnie
Usunięcie konta z serwisu społecznościowego
To jednak nie to samo
Co spalenie rękopisów w piecu
Będę musiał się tym zająć
W następnej kolejności
A już na samym końcu
Spalą i mnie

Podział majątku

Zabrałaś moje zdrowie
Masz je teraz za nas dwoje
W zamian zostawiłaś cały swój smutek
Jakby mi było za mało własnego

Ot zagadka!

("Michał wygląda okropnie")

Łudziłem się że ubrania zbiegły się w praniu
A lustro skurczyło bo z drewnianych ram wyparowała woda
Im więcej mam ciała tym mniej we mnie życia
Może już nie ma go wcale a ciało rozdęły gazy gnilne
Organizm jest ciepły wskutek procesu rozkładu
I tylko wydaje mi się że jeszcze myślę
Czuję podejmuję decyzje a potem niektórych żałuję
Może być i tak że nie żyłem nigdy

Taka prawda

Natura nie jest matką
Pożera wszystko co wyda na świat
Czas nie leczy ran
Zabija z sadystyczną zaciekłością
Edukacja nie czyni mądrzejszym
Choć obowiązkowa to idiotów przybywa
Kultura nie uwrażliwia
Współczesna jest zbyt nihilistyczna
Medycyna nie poprawia jakości życia
Produkuje długowiecznych tetryków
Miłość nie daje szczęścia
Powoduje tylko cierpienie
Śmierć nie przynosi ulgi
Bo przed nami wieczność

Lustro

Prawa Ręka Boga
I lewa ręka ciemności
Mają identyczne znamiona
Dokładnie w tych samych miejscach
To dziwne!
Co tu jest grane?

O co ci naprawdę chodzi?

Ty coś kręcisz. Czuję to.
Przecież się trochę znaliśmy,
I to z detalami (mmm...).
Niby cię nie obchodzę,
Nie pytasz o mnie,
Jesteś doskonale obojętna.
Ale kiedy tylko ktoś coś wspomni,
Ostentacyjnie nie słyszysz,
A to już nie jest neutralność,
Bo wymaga od ciebie aktu woli.
Myślisz, że tego nie widać? Mylisz się.
Jeśli mnie jeszcze kochasz,
To przestań się oszukiwać i zapomnij o mnie. Nie potrzebuję cię, bo już z ciebie wyrosłem.
Jak ze skóry, kolczyków i glanów.

Wiersz z okropnymi rymami

Drogi przedziwnie mi się prostują,
Cel spłukał z siebie brudny kożuch mgły,
Diabeł przeklina i głośno pomstuje,
Całkiem komiczne są jego łzy!

Coś się zmieniło, coś drgnęło w życiu,
Zgrzyt w głowie ustał jak po naprawie,
I się nie modlę do ciebie skrycie,
Bo nie obchodzisz mnie już prawie.

Tylko drobina z ciebie została
W mojej pamięci i głupim sercu,
Od ciepła słońca jak lód stopniałaś,
Nie chcę o tobie myśleć już więcej.

Tak po prostu

Odeszłaś
Zostałem

Zawołałem
Nie odwróciłaś się

Wystrzeliłem
Upadłaś

I odpowiedziałaś ogniem

Kompleks niższości

Uzależniłem się
Od dzwoneczka na fejsbóku
Dlatego ciskam w niego grudami wierszy
I nasłuchuję czy zabrzmi cyferkami
Informującymi o kolejnych komentarzach
Lub chociaż tylko o polubieniach

Każde spojrzenie na własny profil
Powoduje wyrzut adrenaliny
A każda cyferka - dopaminy
Lecz i tak nie pomaga mi to
W pozbyciu się kompleksu niższości
Dziękuję ci ty której już nigdy nie zobaczę
I Bogu dzięki
Ament

Atawizm

Wiecznie włączony telewizor
To współczesna namiastka ogniska
Jak dawniej pośrodku jaskini
Kurnej chaty czy w ciemnym borze
Migocze jak ono
I gada jak wędrowiec z dalekich stron
Grzejący ręce nad płomieniem
Choć elektryczność zastąpiła drewno
Ludzie się nie zmienili

poniedziałek, 20 czerwca 2022

Zmienność i ciągłość

Rozgarniam butem zeszłoroczne liście
I wypatruję pod nimi twoich śladów
W wyobraźni sprawdzam
Czy klucze nadal pasują do zamków
A usta do pocałunków
Tyle się zmieniło od tamtego czasu
Materiały używane do produkcji ubrań
Proporcje ekranów telewizorów
Zalecenia dietetyków i ceny pieczywa
Zmętniały nam spojrzenia
A wchodzenie po schodach trwa nieco dłużej
I tylko jedno nie chce się zmienić

Nieudane pogrzeby

Wszyscy nosimy w głowach cmentarze
Jest nią pamięć
Grzebiemy tam ludzi i wydarzenia:
Miłości i ofiary zemsty
Wakacje i oblane egzaminy

Pamięć jest szczególnym cmentarzem
Tam wszystko martwe żyje
Zwłaszcza to czego nie chce się pamiętać
Zwłaszcza ci o których chce się zapomnieć

Walentynka dla... nieważne

Mam do ciebie dziwną słabość,
Zniósłbym nawet twoją nagość,
Choć mi oczu trochę szkoda,
Bo już zwiędła twa uroda.

A to niespodzianki!

Zima jak co roku zaskoczyła drogowców
Noc na górskim szlaku zaskoczyła wędrowców
Antifa zaskoczyła marsz narodowców
Pomór świń zaskoczył hodowców

Próchnica zaskoczyła moje uzębienie
Meteor zaskoczył Ziemię uderzeniem
Optymistę zaskoczyły kłopoty spiętrzeniem
Sutenera zaskoczył sąd uwięzieniem

Buddystę zaskoczył brak oświecenia
Żyjącego zaskoczył kres jego istnienia
Artystę zaskoczyła niemożność tworzenia
Alkoholika zaskoczyła chęć wytrzeźwienia

Lekarze czynią cuda

Odkąd mój psychiatra
Właściwie dobrał leki,
Przestałem myśleć o samobójstwie.

Postanowiłem, że umrę normalnie,
Jak większość zwykłych ludzi.
Na raka.

Uroki życia w bloku

Chrapie żona
Chrapię ja
Chrapie zwierz na legowisku
Co uchodzi człowiekowi
Nie wypada przecież psisku
Dom się trzęsie
Kornik płoszy
Meble są uratowane
Sąsiad stuka
W kaloryfer
Bo nie może spać nad ranem

O Żonie

Pisać o Żonie nie jest łatwo,
Łatwo popaść można w banał,
Już jest pomysł! - lecz myśl się gmatwa,
I znów paskudztwo jak wystygła kawa.

Porównania wyświechtane
Wciąż się czają nad papierem,
Wszystkie chwyty już ograne
I te z rajem, i te z niebem.

A Kobieta z niej niezwykła,
Zasługuje na coś więcej;
Wszelka sztampa ma smak mydła,
Lecz nie umiem chyba lepiej:

Że oczy niebieskie
Że lico nadobne
Że kocha pieski
Że dobry z Niej człowiek

Lepiej więc zamilknę, bowiem
Ona się tu nie da zmieścić,
Co wymyślę i opowiem
Ciągle ma za mało treści.

Streszczenie wykładu

Od kiedy skład atmosfery uległ zmianie
(Zabrakło w niej jednego składnika - twojego oddechu)
Niektóre okazy niedużych i lekkich roślinożerców
Musiały podjąć wzmożoną walkę o byt

Szczególnie jeden -
Najpierw zmienił nawyki żywieniowe
I przeszedł na bardziej oportunistyczną dietę
To spowodowało wzrost masy ciała
Kosztem szybkości i zwinnego poruszania się
Niedostatki zrównoważył sobie
Wzrostem poziomu agresji
A nawet wytworzył zęby jadowe
Którymi kąsa dotkliwie i wyjątkowo boleśnie

Przestał już być już konsumentem pierwszego rzędu
Zaczął przejawiać zachowania
Typowe dla właściwych drapieżników
Jednak niechęć do podejmowania wysiłku powoduje
Że nie gardzi padliną

Mimo wszystko dał się oswoić
Niestety dużo je i nie ma
Większego znaczenia gospodarczego
Ciekawostką jest to
Że w jego genach zachowała się pamięć
O tym kim był przed zmianami klimatycznymi

Czytała Krystyna Czubówna

dzielenie z resztą

twoje życie jest twoim życiem
mój smutek jest moim smutkiem
nasze razem jest niczyje

Menopauza

Obiecałem że będę z tobą
Na dobre i złe
Dobre już było
Poczekam cierpliwie
Kilka lat
Aż może wróci
A jeśli nie
I tak z tobą będę
Przez wzgląd na to
Co dobre
Choć już odeszło

Słowa

Osierocone słowa
Unoszą się na wietrze
Bezpańskie wyznania miłości
Kołują razem z liśćmi
Nim różnica ciśnień
Roztrzaska je o chodnik

Zwietrzałe przysięgi
Mieszają się z ulicznym kurzem
A martwe życzenia pomyślności
Imitując pstrokacizną ulotki reklamowe
Wypadają z ulicznych koszy
U wejścia do metra

I tylko obelgi zawsze mają
Stałe zameldowanie

To koniec, można wychodzić

Sprawy już zaszły za daleko,
Piwo się nawarzyło
I rozlało mleko;

Erozja wspólne ślady zatarła,
A duszę uczyniła
Nieśmiertelnie martwą;

Z czasem inności się pogłębiły,
Nie przemogę tego,
Opuściła mnie siła;

Wszystko, co było, strawił czas,
Nie naprawię, co złego,
Bo nie ma nas.

Miejsca, do których nigdy nie wrócę,
Cicho skamlą i patrzą mi w oczy,
Do dziś nie mogą głupiutkie zrozumieć,
Czemu tylko cienie bezcielesne kroczą.

Nie jestem od nich wcale mądrzejszy,
Bo gdy idzie o ciebie rozsądek zawodzi:
Zębami szarpię w szaleństwie najpierwszy
Serce, choć to dziś nikogo nie obchodzi.

Tak, to jest moja ostateczna decyzja

Skończyły mi się wiersze
Zwietrzały wtórne koncepty
Więcej już nie chcę grzeszyć
Wykupię nareszcie receptę

Zmęczony umysł podleczę
Żelbetem utrwardzę serce
Pełną zbroję przyoblecze
Moje jestestwo czym prędzej

Nie będą więcej straszyły
We śnie żadne głupie mary
Za bardzo się bowiem odkryły
I znam ich podłe zamiary

Nie dam się już przenigdy
Popychać w jakieś szaleństwo
Fikcja mi całkiem obrzydła
Odmawiam jej posłuszeństwa

Zburzę za sobą mosty
Podpalę zebrane plony
Dla niepoznaki zapuszczę zarost
Przytwierdzę pukle do głowy

Żrącym kwasem wytrawię
Ze łba twoje wstrętne imię
Przed Bogiem się ciebie zaprę:
"O jakiej jest mowa dziewczynie?"

Anegdota

Pamiętam bardzo wiele,
Co związane z tobą,
Nawet to zdarzenie,
Gdyś mi ciężką torbą
W złości przygrzmociła,
Aż się w pół złożyłem,
I tak zostawiłaś.
(Aż dziw, że przeżyłem.)
Oberwałem słusznie
Bo zawiodłem, głupi:
Miałem jechać po Ciebie -
Poszedłem się... odurzyć.
Potem się chowałem
Jak Adam przed Bogiem,
I tak Cię spotkałem -
Nemezis - na drodze.
W oczy popatrzyłaś -
Źrenice rozszerzone,
Niemo zapytałaś -
Nie patrzę w Twą stronę,
Wtedy kara spadła:
Torba w łeb trafiła,
(Głuchy jęk z gardła)
Ty się obraziłaś.
Taka to opowieść,
Jakże wstrząsająca,
Nie ziewaj już, proszę,
Doczekałaś końca.

nie jestem gotów

zostaw umarłym
grzebanie ich umarłych
powiedział Pan
i idź głosić

nie ruszyłem w drogę
bo od tamtej pory jestem martwy
ale i tak cię nie pochowam
w moim uschłym sercu
w nadziei że w końcu
uda mi się ożywić
choć twoją starą fotografię
jak na razie bez sukcesu

Dlaczego?

Dlaczego tyle lat
Pasożytujesz w moim mózgu?
Nie ma z ciebie żadnego pożytku
A tylko mnie zatruwasz
Produktami przemiany -
Właśnie - czego? Przecież
Nie materii bo nie jesteś materialna
A na pewno nie pod moim adresem zamieszkania
Może to i lepiej bo mniej płacę za
Zużycie wody i wywóz śmieci
I mam więcej miejsca w szafie
Na stęchłe powietrze
Same plusy
Tylko ten ogień w głowie
I świszczący oddech w nocy
Pod ciężarem pytań "dlaczego?"

To bez znaczenia

A kiedy umrę, ziemia nie zadrży,
Słońce nadal będzie mieć swój udział
W produkcji rolnej,
Żubr ni łoś nie zaryczy w kniei,
Żaba ani na chwilę nie przestanie rechotać,
Mucha w zadumie nie zejdzie z gówna.

Nie rozedrze się zasłona w dużym pokoju,
Ukazując brak Arki Przymierza na parapecie,
A martwe insekty, cudownie ożywione,
Nie wyjdą nagle z zakurzonych kątów.
Nic się nie zmieni, bo nic nie znaczę.

Jestem nikim i niczym.

Cień

Żyję z nieswoim cieniem
W dodatku on zawsze jest przede mną
Każdego dnia widzę go wyraźnie
I pęka mi serce bo to twój cień
Jest moim przekleństwem nie dając zapomnieć
Jednocześnie jego widok sprawia mi radość
Bo ciebie już nigdy nie zobaczę
A nie zostały mi żadne twoje zdjęcia na pamiątkę
Jeśli umrzesz przede mną
Ukradnę z nagrobka twoją fotografię na porcelanie
Nie będzie to profanacja tylko czyn z miłości

Do A.G.

Nie przychodź tu już nigdy więcej,
Nie znajdziesz u mnie nic ciekawego,
Cóż, ojciec umarł i żal kłuje w sercu,
Lecz tobie przecież nic do tego.

Nie było cię stać na gest pojednania,
Nie napisałaś prostego "współczuję...",
Więc daruj sobie tu zaglądanie,
Bo zimnym wiatrem od ciebie duje.

Niezamierzony tryptyk o Tacie

I
Kto wie?

Sam wiesz najlepiej
Różnie bywało między nami
Tato
Czasem wspominałem tylko to
Co dla mnie robiłeś dobrego
A czasem wracają
Te mniej ciekawe wydarzenia
Albo te najgorsze
Ale teraz nie chcę żywić się ropą
Ze starych wrzodów osoloną wysuszonymi łzami
Nic to już nie zmieni
Dlatego chcę pamiętać teraz Polanicę-Zdrój
Nasz pociąg ciągnęły dwa parowozy
Chyba ostatnie w PKP
Potem droga asfaltowa
Stromo pod górę! a na niej ślimaki
W kolorze cegły i gołe jak niemowlęta
Nigdy takich wcześniej nie widziałem
I te wieczne strumyki po bokach
I Twoje żółte trapery
Byłeś z nich taki dumny
Pamiętasz?
Może teraz gdy leżysz na specjalistycznym łóżku
I nijak nie można się Ciebie przebić
Jesteś tam właśnie
I oprowadzasz mnie po skansenie
Albo przyglądasz się starszym panom
Grającym ogromnymi szachami na chodniku?
A może minęło już kilkanaście lat
I robimy gdzieś wspólnie fuchę elektryczną
A po dniu pracy dzielisz się ze mną zarobkiem
Żebym mógł coś kupić mojej dziewczynie?
Może dlatego wołałeś mnie wczoraj?
Wiem o tym od Mamy

II
06.12.2021

Świeca postawiona na stoliku przy łóżku
Spłynęła jak roztopiony śnieg
I zastygła ścięta mrozem
To śmierć uwieczniła jej kształt
Tajemniczy i wieloznaczny
Jak andrzejkowa wróżba dla przesądnych panien
Ta sama śmierć
Upodobniła twarz mojego ojca do woskowej maski pośmiertnej
Długo w nią patrzyłem nie mogąc doszukać się
Oddechu
Uśmiechu
Czy chociaż grymasu bólu
Musi mi wystarczyć mój własny

III
List do Taty

Wierzę Tato, że już się oczyściłeś
Z niepotrzebnych ziemskich naleciałości,
Że już wszystko zostało Ci wybaczone,
Co tego wymagało,
Nie byłeś przecież złym człowiekiem.

Może nie byłeś wymarzonym mężem i ojcem,
Ale kiedy się więcej o Tobie dowiedziałem,
Złość na Ciebie zniknęła jak pensja z konta.
Nie miałeś udanego dzieciństwa,
Nie zaznałeś zbyt wiele miłości,
Bóg to wie lepiej niż ja.

Ważne jest to, że wyciągałeś mnie z kłopotów,
I że nauczyłeś sporo pożytecznych rzeczy,
A nawet z czasem stałeś się tolerancyjny
Dla moich młodzieńczych wybryków.

Mój pierwszy kolczyk w uchu
Nie wzbudził Twojego entuzjazmu
A za wygolone boki dostałem po łbie.
Jednak, przy kolejnym kolczyku,
Ofuknąłeś Mamę, że dała spokój biadoleniu,
A nawet załatwiłeś mi w trudnych czasach
Buty mogące służyć w tamtych realiach
Za glany. Taki byłeś. Nieodgadniony.

Mam nadzieję, że teraz w Raju
Siedzisz sobie gdzieś wygodnie
I głaszczesz ukochaną suczkę Bubę,
Która siedzi Ci na kolanach.
Gacek i Bubel patrzą Ci w oczy
A Maciek, wielki kot z Twojego dzieciństwa,
Ociera się o nogi mrucząc przymilnie.

I że wreszcie Twoi rodzice
Nauczyli się Ciebie kochać bezwarunkowo,
A Twój młodszy brat, postać tragiczna,
Przytula z miłością swoją głowę do Twojej.
Jestem pewien, że tak Was zastanę,
Kiedy nadejdzie mój czas.

Największa Noc

Ta Noc choć tak cudowna
Nie jest zdarzeniem magicznym
Sprawiła ją Miłość ogromna
Co w kosztach nie liczy się z niczym

Miłość dała się zmiażdżyć
Byśmy w otchłań nie wpadli
Dała się opluć obnażyć
By wyrwać nas z ciemnej matni

Cierpiąc niezasłużenie
Z agonii ostatnim akordem
Zburzyła mury więzienia
Spłoszyła piekielną hordę

A od nas chce tylko wyboru
Wolnego bez ponaglania:
Czy chcemy z Nią iść do domu
Czy nadal bałwanom się kłaniać

Upadek tradycji

Co wieczór oddawałem się rytuałowi
Przywoływania ciebie z czasu zaprzeszłego
Niczym wojskowy poległych na apel
Zasypiałem w wirtualnym namiocie
W deszczową noc
Choć za oknem ani kropli na chodniku
Taką potęgę mają nagrania
Tak zwanego białego szumu
Jednak moje starania były bezowocne
Nie zjawiałaś się i nie rozpychałaś
W swoim nieistniejącym śpiworze
Nie szeptałaś do mnie
Przestraszona nagłym gromem
Jak wtedy na Jurze
Mania zmęczyła mnie już do granic wytrzymałości
No bo jak długo można znosić własne szaleństwo
Pieprznąłem namiot w krzaki
I już nigdy do niego
Nie powrócę
Bez prawdziwej ciebie
Ale ciebie już nie ma

niedziela, 19 czerwca 2022

Zamiast zdawkowego pożegnania

Dziękuję bardzo za miłe przyjęcie
Żeście dostrzegli we mnie swego
A nawet wiersze czytali z przejęciem
Komplementami łechtali ego

Moja kuracja już zakończona
Chociaż efektów żadnych nie dała
Bo ból nieznośny uciska mi czoło
A serce nadal w krwawi w kawałach

Nie będę już dłużej zatruwał życia
Konceptem wtórnym i nazbyt wytartym
Żegnam się zatem choć będę łykać
Łzy dłuższą chwilę za kurtyną opadłą

Dość

Nie wypada statecznemu mężczyźnie z brzuchem, w dodatku pod pięćdziesiątkę, pisać o miłości. Zwłaszcza już dawno minionej. Poza tym lekarz zabronił wzruszeń. Grożą wylewem. Wprawdzie częściowo sparaliżowany mam szansę jakoś funkcjonować, ale co będzie jeśli utracę kontrolę nad ciałem całkowicie?

Będę tylko ciężarem dla bliskich. A dawna miłość i tak się nie zjawi, żeby potrzymać mnie za niewładną rękę. Ani za inne, równie niewładne, członki.
Poza tym piszę jak pensjonarka. Tematyka stosowna do wieku nie interesuje mnie. Dlatego zamieszczam mój ostatni wiersz - o dziwo wyszedł o czymś innym niż zwykle:

Ostatni wiersz

Olaboga!
Olaboga!
Koniec bloga!
Koniec bloga!

Ostatni mail

Mówiłaś, że mam niepozytywny stosunek do ludzi.
Ale czy to ja jestem za aborcją?
Mówiłaś, że jestem nietolerancyjny.
Ale czy to ja pluję jadem na przeciwników politycznych?
Mówiłaś, że mam zamknięty umysł.
Ale czy to ja wyśmiewam inaczej myślących?
Mówiłaś, że jestem chory na głowę.
A czy Ty jeszcze umiesz kochać?
Postawiłaś mi tyle zarzutów.
Osądziłaś mnie dawno temu i zabiłaś pogardą.
I zwłoki wrzuciłaś do dołu.
Nie dziw się, że wyglądam strasznie.
Gazy gnilne rozdęły moje ciało.
Jest mi obecnie wszystko jedno
Jak wyglądam, co jem i piję.
Możesz sobie pogratulować sukcesu.
Zniszczyłaś mi życie.
Niech Ci ta zemsta smakuje niebiańsko.
Ja i tak nigdy Cię nie zapomnę...
A to się może kiedyś obrócić przeciw Tobie.

Choroba afektywna dwubiegunowa

W afektach jestem dwubiegunowy,
Raz ciśnie w lewą, raz w prawą stronę,
To zębem zgrzytnę, to łzy połykam,
Znów cię nachodzę, a potem znikam.
Dziś nienawidzę, jutro pożądam,
Żegnam się z tobą i znów wyglądam,
Czy się nie zjawiasz na mojej drodze,
Może przypadkiem jako przechodzień,
A może jednak z całym rozmysłem,
Bo tak naprawdę jestem ci bliski?
Powiedz, czy i ty to tak przeżywasz,
Tylko przed całym światem ukrywasz?

To chyba rozsądne posunięcie

Leżę pod kocem
Bardzo się pocę
Noc mój adres omija

Myśli się kłębią
Dręczą i gnębią
Któraż to już godzina?

Znów ruminacje
Analizy sytuacji
Co przeminęły z wiatrem

Nic to nie wnosi
Ciśnienie podnosi
Tak wyglądają fakty

Muszę z tym skończyć
We śnie się pogrążyć
Co ukojenie przynosi

Nic już nie zmienię
Nakarmię nadzieję
I życiu pozwolę się toczyć

Cholerna noc

(Na melodię "Bóg się rodzi")

Wiersz się rodzi, ja truchleję,
Bo się dusza ma obnaża.
Krew mi krzepnie, mózg ciemnieje,
Przyznam, że mnie to przeraża.

Wzgardzony pożądam chwały,
Lecz do śmierci jej nie zaznam,
Bo nie chce przywdziać ciała
Ma odwieczna inspiracja.

Przyśniły mi się twoje spodnie
Sznurowane tam gdzie lubię.
Spodnie były zaś na tobie,
Nawet włosy miałaś rude.

Cóż mi z tego? Ty twarz gniewną
Skierowałaś w moją stronę,
A mnie mina wtedy zrzedła -
Już wiedziałem, że to koniec.

I faktycznie, już po chwili
Jawa głośno zapukała,
Myślałem, że będzie miło,
A tu oczy zwilgotniałe.

Głupi jestem i naiwny
Dając majaczeniom wiarę.
Przyznaj sama, że to dziwne
Do dziś tęsknić bez umiaru.

Bez Boga

Kiedyś uważano że życie na Ziemi
Powstało samorzutnie a przechodzenie
Prostszych form w złożone to konieczność

Okazuje się że ewolucja
Nie faworyzuje doskonalszych bytów
A może mieliśmy błędne pojęcie o doskonałości

Twierdzono też że inteligencja jest nieodzownym skutkiem
Parady struktur białek przez eony i ery
A przecież liczniejsze są formy kierujące się instynktem

Ewolucja dotyczy i poglądów na ewolucję
Dziś miarą sukcesu jest ciągła obecność
Na Ziemi bez względu na konstrukcję czy spryt

Pradawni tytani rozpalają wyobraźnię skamieniałymi kościotrupami
A wiotkie ważki o dużo starszym rodowodzie
Nadal panują nad łąkami i strumieniami

Ludzka inteligencja w ujęciu przyrodników
Nie jest czymś wyróżniającym
Mówią że człowiek to tylko taka szczwana mrówka

Jednak mrówka nie zadaje fundamentalnych pytań o sens
Nie wykazuje też potrzeb
Zwanych górnolotnie duchowymi

Czy potrzeba transcendencji jest ewolucyjnym sukcesem
Kwestia dyskusyjna
Gdyby była tylko efektem połączeń komórek kory mózgowej

Jeśli Boga nie ma po co nam tęsknota za wiecznością
Za Pięknem i Dobrem oraz Miłością
Skoro to tylko urojenia

Konsekwencją odrzucenia tego
Co niedostępne zmysłami i pomiarami
Jest egoizm i jego bliźniacza siostra nienawiść

Z ich kazirodczego związku narodziły się
Aborcja eutanazja holokaust
I reszta podobnie udanego potomstwa

Miłość nigdy nie ustaje. Niestety.

Święty Paweł miał rację co do miłości
Mówiąc: "zniknie to, co jest tylko częściowe".
Przeminął mój chłopięcy urok,
A ciało straciło jako takie proporcje.
Pozbyłem się też słodkiej naiwności i złudzeń,
Nic mnie już nie interesuje, nie cieszy,
Na nic w życiu nie czekam.
Nie pamiętam już nawet jak wyglądałaś
Pozostała mi już tylko miłość do ciebie
Oskrobana ze wszystkich aksamitnych otulin
Aż po nagi unerwiony rdzeń,
Sprowadzona do jednego:
Cierpienia.

Nie nie i jeszcze raz nie

Nie wierzę już w żadne wiadomości
Nawet w te złe
Nie ufam żadnym autorytetom moralnym
Nawet skompromitowanym
Nie mam nadziei by coś mogło się zmienić
Nawet w katastrofę
I nie mam nic więcej do powiedzenia
Nawet mądrego

Samotność raczej nie służy

Pisanie dla nikogo to jak praca
Redaktora serwisu informacyjnego
W lokalnej telewizji
Nie wiadomo czy ktoś w ogóle
Jest nim zainteresowany
To jak monodram na scenie w teatrze
Z problemami finansowymi
Nie wiadomo czy ktokolwiek
Siedzi na widowni
To jak picie do lustra
Albo samogwałt
Jest to frustrujące do tego stopnia
Że aż zazdrość budzi wariat
Wiecznie gadający do siebie
On przynajmniej ma odbiorcę

Naszyjnik

Czy masz może jeszcze naszyjnik miedziany,
Co tak ci pasował do rudawych włosów?
Czy leży ma strychu całkiem zapomniany,
I nikt nie przejmuje się jego losem?

Jeśli ocalał, załóż go, proszę cię,
Metal nieszlachetny, lecz wzrok przykuje,
Surową ma formę, piękny w prostocie,
I bardzo do twojej urody pasuje.

Ikonoklazm

Pewnego ranka, idąc bez celu,
Podniosłem z ziemi ulotkę,
Zwykłą karteczkę, jakich dziś wiele
Wciskają na siłę przechodniom.

A jednak ta mnie zaciekawiła,
Bo treść była na niej niezwykła,
Obrazoburcy ją wypuścili,
Aby zwerbować wyznawców.

Podano miejsce, w którym spotkanie
Będzie otwarte dla chętnych.
Data, godzina - bardzo dogodne,
Chyba się na nie przejdę.

Czekam cierpliwie, dzień wreszcie nadszedł,
Ubrałem się uroczyście.
Zabrałem stary album pod pachą,
Ledwo mi się tam zmieścił.

Na środku rynku stos rozpalono,
Żar z niego parzy dłonie.
Nie zważam na to, tylko dorzucam
Moje święte ikony:

Obrazy z wakacji, wycieczek, libacji
I spotkań u niej w mieszkaniu.
Wspomnienia, pamiątki - wszystkie zakątki
Pamięci już wyczyszczone.

Wróciłem do domu, włosy czuć dymem,
Ręce i twarz poczerniały.
Ale jestem już lżejszy i serce spokojniejsze,
Bo wreszcie zmieniłem wyznanie.

Życie płciowe

Ogarnęła mnie niemoc płciowa,
bo już sam nie wiem
jakiej płci naprawdę jestem.
Czy czując pociąg do kobiety
nie jestem przypadkiem
nieświadomą jeszcze niczego
transseksualną lesbijką?
A może z freudowskiej
zazdrości o penisa
właśnie dlatego go posiadam?
Z drugiej strony
mam zazdrościć go sam sobie?
Wtedy byłbym istotą obupłciową
w jednym (męskim) ciele
choć rozdzieranym przez
wewnętrzną wojnę pomiędzy
Marsem a Wenus.
Strasznie się to wszystko
pokomplikowało przez ostatnie lata.
A kiedyś naiwnie uważałem,
że jestem po prostu mężczyzną.

Jestem tu!

Kopnij mnie
Przytul
Zabij
Pocałuj
Opluj
Powiedz coś
Wyśmiej
Zrób cokolwiek

Efekt motyla

Raz pewien motyl
Podłożył trotyl
Odpalił zdalnie
I skończył marnie
Podmuch nim cisnął
W sieci zawisnął
Pająk go omotał
Kości pogruchotał
Wyssał wszystkie soki
Aż mu spuchły boki

Prymitywny punk song

Nie interesuje mnie wcale opinia bankstera
Co ty wiesz pasożycie o trudzie tworzenia
Umiesz tylko naiwnych frajerów zwodzić
Poniżyć i zniszczyć by sobie dogodzić

Twoim narkotykiem jest świat finansjery
Nie służysz ludziom a czekasz na ordery
Lubisz gdy cię szef pogłaszcze po łebku
A ty wtedy aż piszczysz potulny kundelku

Wszystkich wokół traktujesz użytecznie
Nikogo nie pokochasz bo to niebezpieczne
Uważasz że lepiej jest nie mieć serca
I postępujesz jak potencjalny morderca

Na swoim profilu uśmiechasz się fałszywie
Do tysięcy przyjaciół co cię mają w tyle
Gratulując rozwoju zgrzytają zębami
A gdy zaczniesz tonąć to nie licz na nich

Moskiewska noc

Jak miło mi was widzieć,
Choć nie wiem, kim jesteście.
Nie będę o nic pytać,
Nie stójcie tak - po prostu wejdźcie.

Samotność mi już zbrzydła,
Posępna z niej starucha,
A mnie ucięto skrzydła
I nikt już nie chce słuchać.

Powieście proszę tutaj
Wasze czarne płaszcze,
Samowar wodę grzeje, czaj
Podam i tak ugoszczę.

Mówicie, że nie trzeba,
Że mało macie czasu.
Rozumiem, nie nalegam,
Tylko proszę, nie róbcie hałasu.

Po schodach mnie nie wleczcie,
Nie budźcie ludzi pracy,
Nie trzeba będzie wrzeszczeć,
Pójdę za rozkazem.

Bo pora jest już późna,
Sąsiedzi muszą spać.
A jutro, na wszelki wypadek,
Nie będą mnie już znać.

Myśli nieprawomyślne
Zostaną osądzone,
Wyroki niezbadane
Przewiercą kulą głowę.

Za Tęczowym Mostem

Nie wierzę
Że zwierzęta nie idą do raju,
Nic o tym
W Biblii nie ma,
Żeby tam nie szły, nie płynęły,
Nie frunęły, nie pełzały.
(A rośliny już tam z pewnością są.)

I wszystkie te stworzenia
Mają swoje miejsce u Pana
Są podzielone
Na epoki geologiczne
I warstwy stratygraficzne,
Co zupełnie im nie przeszkadza
W wędrówkach w czasie.

Ludzie też tam się znajdą,
Jeśli wszystkie dręczone przez nich istoty
Na to się zgodzą.
A znakiem wybaczenia będzie
Polizanie po ręce
Przez najgroźniejszą z nich.

Wiesz co?

Powrzucam tu jeszcze moje bazgroły do końca i przestanę do Ciebie pisać. Wcale mi to nie pomaga, a świadomość, że masz mnie totalnie w dupie odbiera mi chyba wszystko. Przecież nigdy tu nie zajrzysz, a jeśli nawet, to prychniesz z pogardą, pomyślisz o mnie z pogardą i koniec. Żadnej interakcji nie będzie. Nie znam większego żyjącego idioty od siebie samego. Na co ja liczę? Że spojrzysz na mnie jak na człowieka a nie toksyczny odpad? Że uznasz, że może jednak można się do mnie uśmiechnąć? Że jednak coś jeszcze dla Ciebie znaczę? Za TAMTĄ winę już odebrałem karę. Czym zawiniłem ponadto, że skazałaś mnie na ostracyzm? Przecież kiedy się jeszcze widywaliśmy w różnych sytuacjach, jakoś Ci moje podejście do świata aż tak bardzo nie przeszkadzało. Cholera, a może byłem za pokorny? Za grzeczny? Może należało Cię wtedy złapać za tyłek i ...? Myślisz, że o tym nie marzyłem? Nie umiem dojść z Tobą do ładu. A bardzo bym chciał. Chciałbym wiedzieć, skąd się wzięła taka nienawiść do mnie. Może Cię boli, że jednak ułożyłem sobie jakoś to życie? Plan B, plan C, w końcu któryś wypalił, a Ty uważasz, że za grzech młodości należało mi się dożywocie? Wyjaśnij mi to kiedyś, proszę Cię ostatni raz. Lecz jeśli faktycznie nic do mnie nie masz, a mimo to zachowujesz się jak się zachowujesz, to polecam mojego psychiatrę. Nic Ci już nie pomoże, ale też nie zaszkodzi. I fajne proszki przepisuje.

sobota, 18 czerwca 2022

Godzina dwudziesta piąta

Nie ma takiej godziny. Dlatego
bezkarnie z niej korzystam
i robię rzeczy, na które normalnie
nigdy bym się nie odważył ze strachu
przed wstydem:
karmię głodnych
poję spragnionych
nagich przyodziewam
podróżnych w dom przyjmuję
więźniów pocieszam
chorych nawiedzam
a umarłych grzebię.
Zaś nazajutrz będę echem śmiechu
pełnego pogardy z naiwnych samarytan,
bo tego wymaga moja pozycja społeczna.

Dobry wybór

Dziś nie wytrzymałabyś ze mną 
Ani chwili
W nocy chrapanie
Wstawanie i szuranie
Potajemne podjadanie
Palenie na balkonie
A rano odksztuszanie
I spluwanie do umywalki
W dodatku wiecznie nieopuszczona
Deska sedesowa
Zatem słusznie wybrałaś
Bo w twoim wielkim świecie
Tak się nie zachowujecie

z uporem maniaka

kolejny wiersz
oddala mnie od literackiego nobla
a tak ci chciałem zaimponować

każda publikacja
na łamach poważnego miesięcznika kulturalnego
jest ci coraz doskonalej obojętna

następne zamieszczenie tekstu
na portlalach o zupełnie innym przeznaczeniu
ośmiesza mnie już bezgranicznie

a ja ciągle nie mam dosyć
do czego to zmierza
nie wie nawet mój terapeuta

Zupełnie nic

Nic po nas nie zostało
Nawet nie ruiny
W cieniu których mógłbym usiąść
I przywoływać po imieniu
Wygłodniałe bezpańskie strzępy czasu
Będącego kiedyś naszym

Pomyśl

Pomyśl tylko
Jakie mogliśmy mieć
Śliczne dzieci
Córki byłyby podobne
Do ciebie
Z burzą rudych loków
I figlarnymi
Błyskami w oczach
A synowie...

A tak tylko ja
Mam śliczne dzieci
Ty zaś
Jesteś hodowcą dyplomów
I plantatorką certyfikatów
Ale one po tobie
Nie zapłaczą
Nie odziedziczą
Ale pewnie było warto

Moje Credo

Nie jestem idealistą, jestem realistą.
Może ta postawa wynika z faktu,
że po prostu nie jestem postawny?
Uroda też raczej urąga ideałom piękna,
a umysłowość - cóż... idealnie przeciętna.

Te wszystkie wady mają jedną zaletę:
patrzę na świat z wyrozumiałością.
Ponieważ nie jestem wyniosłym pięknoduchem,
nie staram się (już) niczego zmieniać
na siłę ani łagodnie, nim nie zrozumiem,

dlaczego tu jest tak a nie inaczej.
Nie przewodzę rewolucjom, bo nie mam
tej pysznej pewności, jak powinno być
lepiej. Zamiast niszczyć co zastałem,
staram się o synergię lub choć refleksję.

Ktoś krzyknie: "konformista!" - o nie nie,
ideały, w które wierzę, nie podlegają
kompromisom. Jeśli jestem za ochroną
poczętego życia, nie mogę tego robić
w połowie, trzech czwartych albo nawet

na dziewięćdziesiąt dziewięć procent,
bo nawet jedno jedyne małe przyzwolenie,
przymknięcie oczu, uczyni mnie hipokrytą,
a ten epitet jest dla mnie najgorszy. Myślę,
że Bóg najbardziej brzydzi się zakłamania.

Rekordy

Bez jedzenia
Można żyć
Nawet
Do ośmiu tygodni
Bez wody
Maksymalnie tydzień
Bez ciebie
Nawet do
Stu dwudziestu lat
Zatem
Nie jesteś niezbędna
Do życia

Wskaźnik

Ten żółty skrawek
Naiwnie maskujący twój wiek
Na samochwalczym zdjęciu
Działa jak papierek lakmusowy
I pewnego dnia zmieni kolor
Bo już gorzkniejesz

dziękuję

dziękuję z całego serca
że jestem w takim wieku
że naprawdę można żyć bez namiętności
bo już się nie dam nigdy
ponieść prymitywnym popędom
zwanym górnolotnie miłością

dziękuję że utyłem a włosy się
przerzedziły bo to gwarantuje
brak zainteresowania u kobiet
zresztą nigdy się mną jakoś
przesadnie nie interesowały
więc niech tak już zostanie

dziękuję za obdarzenie mnie
mało lotnym umysłem
oraz niezbyt płynną wymową
jestem zabezpieczony przed
maskowaniem defektów urody
elokwencją i dowcipem

naprawdę jestem wdzięczny
za wszystko nawet za to
że nic mnie już nigdy nie spotka
oprócz może ślubów potomstwa
i z pewnością kilku pogrzebów
wliczając w to mój własny

Publikacja w Akancie