Siedzę na ulubionej ławce na podwórku. To taki mój dom pracy twórczej, odpowiedni do mojej miary i wprost proporcjonalny do wielkości talentu. Jesteśmy idealnie dopasowani, nawet lepiej niż małżeństwo. Znam się na tych kwestiach. Mam za sobą dwa. A nie, jeszcze nie. Ciągle zapominam, że moja druga żona nie jest jeszcze wdową, chociaż od lat nad tym usilnie pracuję paląc, nie uprawiając sportów oraz podjadając w nocy. Jak na razie - bezskutecznie. Zresztą nigdy jakoś
specjalnie nie przykładałem się do
jakiejkolwiek pracy, więc czemu tu nagle
miałem stać się przodownikiem. Generalnie zawsze wolałem ciągnąć sięw ogonie. Na wojnie byłbym zapewne maruderem kradnącym kury po wsiach. Wracając do ławki - nikt tak mnie nie rozumie jak ona. Nie oburza jej mój nieudolny alkoholizm. Nie kręci nosem na dym papierosowy. Niewykluczone, że z powodu braku nosa. Nieważne. To są jej sprawy, nie roztrząsajmy ich, uszanujmy jej uczucia. O ile je posiada.
Od pewnego czasu jesteśmy na ty. Ona do mnie mówi: "ty brudasie", ja zaś do niej: "spadaj rupieciu" i tak codziennie nawiązujemy intymną więź. Lubimy też długo milczeć i wpatrywać się w śmietnik. Zupełnie jak gdybyśmy czuli intuicyjnie, że ostatecznie tam trafimy. Może nie dosłownie (wszak milczymy), ale w przenośni. Ma to sens, bo i ją i mnie można podnieść i przenieść. Pod śmietnik. Przykładowo.
Czas kończyć, bo ławka znacząco uwiera mnie w tyłek. Dba o mnie. Jest późno.
A może tylko nie lubi, kiedy się na niej śpi?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz