wtorek, 19 lipca 2022
Ból fantomowy
piątek, 15 lipca 2022
Niewolnicy
Rany od kajdan na przegubach rąk i nóg
Próbują brać na litość
Bliznami na plecach po bacie nadzorcy
Ale tak naprawdę uwielbiają zawodzić
W niewidzialnym chórze z takimi jak oni
W afroamerykańskiej konwencji call-responce:
O powtarzalności każdego dnia
I beznadziei trwania
O nocach bez miłości
I snach bez marzeń
Jeśli ci przyjdzie do głowy ogłosić im
Że niewolnictwo zostało zniesione
Nie rób tego pod żadnym pozorem
Nie warto - z nienawiści do wolności
Są gotowi linczować posłańców dobrej nowiny
Oni nie zmienią nawyków i sposobu myślenia
Bo sami siebie nie szanują
I zawsze znajdą jakąś wymówkę:
DDA, DDD lub inny skrót
czwartek, 14 lipca 2022
Dekompozycja małżeńska
Na spacerze nie obejmiesz mnie na pewno,
Bo, jak mówisz, tak publicznie nie wypada.
Przyniesione wczoraj kwiaty wazon dusi,
Jest za ciasny, a nie było nic większego,
Nawet wody im nie zmieniasz, tak cię nudzi,
Że istnieję - tyle lat! - i nic nowego.
W domu mnie nie zauważasz prawie wcale,
Chyba, że jest obcas do naprawy.
Kiedyś wszystkim ci imponowałem,
Dziś już nie chce ci się mnie pochwalić.
Twoja pościel - biała zaspa ścięta mrozem,
Leżysz pod nią przywalona martwą ciszą,
Parzy w palce, kłuje w serce, budzi grozę,
Chyba nie chcesz, żebym się do ciebie zbliżał.
poniedziałek, 11 lipca 2022
Charakterystyka podmiotu lirycznego
Nadmiernie wrażliwy
By go zmyć krwią na arenach
Za dobrze wychowany
By się z nim przed światem obnosić
A także za hardy
Aby właśnie ciebie o skrócenie cierpienia prosić
wtorek, 5 lipca 2022
Teraz mam pewność, że istniejesz
I niezauważalnie potoczył się w kurz
Pod komodą z Ikea -
Wszak jest wielkości orzecha włoskiego.
Nie zorientowałem się,
Że zacząłem działać wyłącznie pod wpływem emocji:
W głowie huczał ogień,
A serce to wybuchało jak wulkan,
To zastygało skute lodem.
Na szczęście odnalazłem go po dwóch latach
Podczas sprzątania.
Dziękuję Ci, Boże, że jesteś.
poniedziałek, 4 lipca 2022
Nic nie szkodzi
Mała errata: niepotrzebnie się poprawiłem. Nie byłaś tylko jesteś największą pomyłką mojego życia. Wszystkie inne przy tobie bledną.
Dnia 04 lipca 2022 23:36 ... napisał(a):
Nic się nie stało. Rozumiem słowo "NIE" w całości i rozerwane na litery. Nie wiem, czemu traktujesz mnie jak faszystę, nie mam pojęcia, skąd ta nienawiść. Ale to już nie mój problem. Twoje zdanie o mnie przestało mnie interesować. W życiu nie znałem bardziej agresywnej kobiety od ciebie. W ciągu tych wszystkich lat nikt mnie nie traktował tak przedmiotowo. Ale i tak się cieszę, że kiedyś tam mogłem ci pomóc w dosłownie paru drobiazgach. Mam nadzieję, że zacznie cię to kiedyś uwierać w twoje zdechłe sumienie. Masz rację, spotkanie niczemu by nie służyło. Potwory udające ludzi należy omijać z daleka. Zabolało? No to teraz masz wreszcie realny powód, by mnie nienawidzić. Jesteś, nie - byłaś największą pomyłką mojego życia. Nie ma w tobie nic z człowieka. Jesteś zimną egoistyczną maszyną. A baterie się kiedyś zużyją.
Wysłano z aplikacji mobilnej WP Poczty
sobota, 2 lipca 2022
Tak było blisko...
Podstępnych i mocnych jak pajęczyna,
Mając nadzieję, że cię pochwycę
I bliska już jest triumfu godzina.
Przynęta była nie byle jaka:
Głos ci od dawien dawna życzliwy;
Mój mógłby spłoszyć nadwodne ptaki
I w porę cię ostrzec w nurcie leniwym.
A ona, niewinna, narzędzie w mym ręku,
Bez wiedzy wciągała w potrzask śmiertelny
Ciebie. Trawiony gorączką udręki,
Skulony w pobliżu z łukiem napiętym,
Szukam okazji do posłania strzały,
Zatruwszy uprzednio grot samotnością,
Widzę - nadciągasz, więc ja pomału
Mierzę i modlę się o sposobność...
Sieć zdradziecko błysnęła w księżycu,
Co nagle i moją postać oświetlił,
Nie wywrę już pomsty, za krótkie życie,
02.07.2022
Tylko tyle
Nie chcę zaczynać niczego od nowa,
Nie po to przecież ode mnie odeszłaś.
Mógłbym z tobą przegadać wieczności
Tak wiele pytań... - nie rób złej miny!
Uczyń mi proszę tę mała grzeczność,
A ja postaram się zmieścić w godzinie.
Chciałbym wiedzieć, czy mnie kochałaś,
Czy traktowałaś naprawdę poważnie,
I czemu całkiem wyrugowałaś
Moje istnienie ze swojej jaźni.
Młodość zamknęła za sobą drzwi,
Bardzo dyskretnie, w angielskim stylu.
Być może sercem nadal w niej tkwisz,
Dlatego mną gardzisz po latach tylu?
Dlatego proszę, usiądźmy do stołu,
Wzajemnie opatrzmy jątrzace się rany,
Każde z nas potem wróci do domu,
By żyć dalej zgodnie z własym planem.
02.07.2022
piątek, 1 lipca 2022
Jak ja jej nienawidzę!
Ani recytowanej
Ani mlaskanej
Ani mamlanej
Ani patriotycznej podlanej krwią poległych
I obsypanej szkłem bolesnym obrazem dni
Ani zaangażowanej podlanej krwią
Krytycznych mas uciśnionych przez aparat opresji
Ani religijnej podlanej krwią zbawicieli
Ani antyreligijnej podlanej krwią wierzących w zbawicieli
Ani oralnej
Ani analnej
Ani genitalnej
ŻADNEJ!
czwartek, 30 czerwca 2022
Kim jest romantyk?
(Bez)względność czasu
Spóźniłem się na egzamin wstępny do liceum
Z matematyki - co za ironia!
Pomiar czasu to też przecież matematyka.
Nie zdążałem na ważne spotkania czy do pracy,
Ale puktualnie trafiałem do nieodpowiednich miejsc
I na niewłaściwych ludzi.
Przypuszczam, że na własny pogrzeb
Też się spóźnię.
Będą musieli zacząć beze mnie.
30.06.2022
wtorek, 28 czerwca 2022
Wiecie, kiedyś miałem marzenie
Koniec historii
Może na ławce, może w kościele,
A może w zupełnie innym miejscu.
Popatrzysz na mnie zza grubych szkieł,
Potrząśniesz już mniej bujnymi włosami,
Uśmiechniesz się nawet nieco zalotnie,
Błyskając nie całkiem własnymi zębami.
A mnie serce zabije znów mocniej,
Choć lekarz stanowczo zabronił wzruszeń,
Nieśmiało wtedy podejdę do ciebie
I dłoń twoją w ciszy do ust podniosę.
Tak posiedzimy milcząc wymownie,
Bo słowa będą już niepotrzebne,
Moja ręka twoją delikatnie uściśnie,
I już zawsze będziesz młodą dziewczyną
Z błyskami w oczach, rudawymi lokami,
Noskiem uroczo zmarszczonym jak wtedy...
...holizm
Że jestem niewolnikiem nałogu
Chcę wytrzeźwieć i odzyskać
Utraconą dwadzieścia dziewięć lat temu
Kontrolę nad własnym życiem
Zewnętrznym i wewnętrznym
Nie chcę już rozpamiętywać
Ani pytać dlaczego
Nie zamierzam więcej kultywować
Dawnych wspólnych rutuałów
Które ty już dawno porzuciłaś
Pragnę zobojętnieć na nazwy miejsc
Kojarzących mi się jeszcze wyłącznie z tobą
Niech brzmią w moich uszach obojętnie
A najlepiej obco
Bym kiedyś mógł odkryć je na nowo
I nie cierpiał z tego powodu
Nie będę już twoim niechcianym satelitą
Nie odbiję jak zmętniałe stare lustro
Dawno zgasłego światła
Bo nareszcie przestałaś być gwiazdą
Teraz będę nią ja
Zaświęcę własnym blaskiem
I ogrzeję ciepłym oddechem tych
Którzy czekają na moją miłość
Już ich więcej nie zawiodę
Bo będę wreszcie należeć do siebie
niedziela, 26 czerwca 2022
To my
Bo nic nie ważymy
Nie posiadamy żadnej gęstości
Dlatego wszyscy się mieścimy
Na łebku od szpilki
Jesteśmy tylko mglistym
I być może niechcianym wspomnieniem
Jak echo powidok lub cień
To my odpowiadamy za déjà vu
Sny o lataniu
I o spadaniu w przepaść
środa, 22 czerwca 2022
Pogo-go club
wtorek, 21 czerwca 2022
Pozer
Nie miałem jaj.
Kiedy twoja matka dobijała się
Wieczorami do nas ze słowami:
"Słuchaj, czy twoi rodzice nie denerwują się,
Że tak długo nie wracasz",
Należało odpowiedzieć:
"Zaraz wychodzę, tylko skończę
Posuwać pani córkę",
Nawet jeśli do niczego nie doszło.
jak mnie kochasz?
Ostatnia posługa
Ty wtedy do mnie przyjdziesz
I nieważne że tylko ja cię zobaczę
To nawet lepiej
Nie będziesz się brzydzić moich zsiniałych ust
Choć za chwilę będę padliną
Pochylisz się nade mną
Czoło muśniesz lokami
Jak kiedyś
Szepniesz mi do ucha to
Na co czekałem od... już nie pamiętam
I nawet mnie nie oszukasz
Bo to przecież nie będziesz
Prawdziwa ty
Wszystko po staremu
Trzeba było grać w kapeli
Niestety nieprawdłowo pracujący mózg
Nie pozwolił mi na opanowanie gry
Na jakimkolwiek instrumencie
Nawet tak prymitywnym
Po latach znowu chciałem zaimponować
Tej samej dziewczynie i zacząłem pisać
Nie pozwolił mi wyjść poza ograne riffy
Poza tym dawna dziewczyna
Zdążyła stać się kobietą
I już nie interesują jej głupoty
Jak zwykle...
Ani hi-fi
Ani ocen
Teraz to samo
Tylko jakieś idiotyczne huśtawki nastrojów
Zamiast solidnej choroby afektywnej dwubiegunowej
A ty nie odpuszczasz
Mogłaś mieć lat dwadzieścia kilka,
Albo dwadzieścia kilka więcej. Trudno powiedzieć.
Tak właśnie przedstawia się świętych:
Jednocześnie młodych i dojrzałych.
(Młodo dojrzałych?)
(Młodo-dojrzałych?)
(Młododojrzałych?)
Albo Ojców Narodu na propagandowych plakatach.
Byliśmy chyba w moim starym ciasnym pokoju.
Obejrzeliśmy jakiś film.
A POTEM ROZMAWIALIŚMY.
Boże, ależ to było ekstatyczne! Niczym świętych obcowanie!
Nawet cię lekko przytuliłem, a ty nie byłaś naburmuszona.
Oczy ci się uśmiechały, a ja nie miałem brzucha.
Też chyba byłem w wieku uniwersalnym.
Ileż to już lat?
DNA
Suchego liścia stamtąd nie przywiozę
Ani wody z cudownego źródełka
Które wytrysnęło z dziury w ziemi
Zrobionej przez twój cienki obcas
I wiesz co? Omijaj moje okolice
Nie pojawiaj się nawet przypadkiem
Nie chcę cię widzieć słyszeć czuć
Ani smakować
Wolałbym cię zabić
Zobaczysz wreszcie jak to jest umierać
I tak będziesz miała szczęście
Bo twoja śmierć nadejdzie szybko
A moja ciągnie się od trzydziestu lat
I kiedy twoje prochy rozwieje wiatr
Ja nadal będę się rozpadać jak trędowaty
Wyć z bólu i tęsknić za tobą
Aż do zerwania ostatniej nici mojego DNA
Spadek formy
Wymieść je z czaszki jak suche liście
Zimą oddechem zgasić każdy przebłysk nadziei
A swoim wyciem sprowadzić śmierć z rozpaczy
To wczoraj nie umiał sobie poradzić
Ze zwyczajnym dymem
Wstydliwie skulony
Niemalże do pozycji embrionalnej
Musiałem wysłuchiwać uwag sąsiadów:
"Co za cham pali papierosy na balkonie!"
Zebra Girl
Z teledysku Davida Bowiego,
Nastrojowej reklamy filmu Absolute Beginners.
Ani jedna.
Nie jesteście tak niepokojąco tajemnicze,
Zwiewne i pociągające, wieczne obietnice,
Tak warte kochania, bo nigdy niezdobyte.
Nawet Vanessa Walker, grająca ją modelka,
Nigdy taką pewnie nie była
I już tak nie wygląda, wszak minęło 35 lat.
Ale stajecie się takie w naszych opowieściach,
Snutych przez nas w naszych mózgach, sercach,
I bez słuchaczy,
Od czasu kiedy nas zostawiłyście
Dla lepszych możliwości,
I to jest beznadziejnie głupie.
A jeśli nawet udałoby się cofnąć czas
Nie sprostacie naszym oczekiwaniom,
Zbyt wysoko wyobraźnia kosztem pamięci
Postawiła wam poprzeczkę.
https://youtu.be/iCJLOXqnT2I
Planuję długie życie
Przedłuży moje życie
O kolejne trzy miesiące.
Na tyle wystarczy endorfin.
Potem się zobaczy, na co
Jeszcze będzie mnie stać.
Zawsze zostają drobne na papierosy,
A to już doba życia dłużej.
Śmierć cywilna
To jednak nie to samo
Co spalenie rękopisów w piecu
Będę musiał się tym zająć
W następnej kolejności
A już na samym końcu
Spalą i mnie
Podział majątku
W zamian zostawiłaś cały swój smutek
Jakby mi było za mało własnego
Ot zagadka!
Im więcej mam ciała tym mniej we mnie życia
Może już nie ma go wcale a ciało rozdęły gazy gnilne
Organizm jest ciepły wskutek procesu rozkładu
I tylko wydaje mi się że jeszcze myślę
Czuję podejmuję decyzje a potem niektórych żałuję
Może być i tak że nie żyłem nigdy
Taka prawda
Czas nie leczy ran
Zabija z sadystyczną zaciekłością
Edukacja nie czyni mądrzejszym
Choć obowiązkowa to idiotów przybywa
Kultura nie uwrażliwia
Współczesna jest zbyt nihilistyczna
Medycyna nie poprawia jakości życia
Produkuje długowiecznych tetryków
Miłość nie daje szczęścia
Powoduje tylko cierpienie
Śmierć nie przynosi ulgi
Bo przed nami wieczność
Lustro
Mają identyczne znamiona
Dokładnie w tych samych miejscach
To dziwne!
Co tu jest grane?
O co ci naprawdę chodzi?
I to z detalami (mmm...).
Niby cię nie obchodzę,
Nie pytasz o mnie,
Jesteś doskonale obojętna.
Ale kiedy tylko ktoś coś wspomni,
Ostentacyjnie nie słyszysz,
A to już nie jest neutralność,
Bo wymaga od ciebie aktu woli.
Myślisz, że tego nie widać? Mylisz się.
Jeśli mnie jeszcze kochasz,
To przestań się oszukiwać i zapomnij o mnie. Nie potrzebuję cię, bo już z ciebie wyrosłem.
Jak ze skóry, kolczyków i glanów.
Wiersz z okropnymi rymami
Diabeł przeklina i głośno pomstuje,
Całkiem komiczne są jego łzy!
Coś się zmieniło, coś drgnęło w życiu,
Zgrzyt w głowie ustał jak po naprawie,
I się nie modlę do ciebie skrycie,
Bo nie obchodzisz mnie już prawie.
Tylko drobina z ciebie została
W mojej pamięci i głupim sercu,
Od ciepła słońca jak lód stopniałaś,
Nie chcę o tobie myśleć już więcej.
Tak po prostu
Zawołałem
Nie odwróciłaś się
Wystrzeliłem
Upadłaś
I odpowiedziałaś ogniem
Kompleks niższości
Dlatego ciskam w niego grudami wierszy
I nasłuchuję czy zabrzmi cyferkami
Informującymi o kolejnych komentarzach
Lub chociaż tylko o polubieniach
Każde spojrzenie na własny profil
Powoduje wyrzut adrenaliny
A każda cyferka - dopaminy
Lecz i tak nie pomaga mi to
W pozbyciu się kompleksu niższości
Dziękuję ci ty której już nigdy nie zobaczę
Atawizm
Jak dawniej pośrodku jaskini
Kurnej chaty czy w ciemnym borze
Migocze jak ono
I gada jak wędrowiec z dalekich stron
Grzejący ręce nad płomieniem
Choć elektryczność zastąpiła drewno
Ludzie się nie zmienili
poniedziałek, 20 czerwca 2022
Zmienność i ciągłość
W wyobraźni sprawdzam
Czy klucze nadal pasują do zamków
A usta do pocałunków
Tyle się zmieniło od tamtego czasu
Materiały używane do produkcji ubrań
Proporcje ekranów telewizorów
Zalecenia dietetyków i ceny pieczywa
Zmętniały nam spojrzenia
A wchodzenie po schodach trwa nieco dłużej
I tylko jedno nie chce się zmienić
Nieudane pogrzeby
Grzebiemy tam ludzi i wydarzenia:
Miłości i ofiary zemsty
Wakacje i oblane egzaminy
Pamięć jest szczególnym cmentarzem
Tam wszystko martwe żyje
Zwłaszcza to czego nie chce się pamiętać
Zwłaszcza ci o których chce się zapomnieć
Walentynka dla... nieważne
Choć mi oczu trochę szkoda,
Bo już zwiędła twa uroda.
A to niespodzianki!
Antifa zaskoczyła marsz narodowców
Pomór świń zaskoczył hodowców
Próchnica zaskoczyła moje uzębienie
Meteor zaskoczył Ziemię uderzeniem
Optymistę zaskoczyły kłopoty spiętrzeniem
Sutenera zaskoczył sąd uwięzieniem
Buddystę zaskoczył brak oświecenia
Żyjącego zaskoczył kres jego istnienia
Artystę zaskoczyła niemożność tworzenia
Alkoholika zaskoczyła chęć wytrzeźwienia
Lekarze czynią cuda
Przestałem myśleć o samobójstwie.
Postanowiłem, że umrę normalnie,
Jak większość zwykłych ludzi.
Na raka.
Uroki życia w bloku
Chrapie zwierz na legowisku
Co uchodzi człowiekowi
Nie wypada przecież psisku
Dom się trzęsie
Kornik płoszy
Meble są uratowane
Sąsiad stuka
W kaloryfer
Bo nie może spać nad ranem
O Żonie
Już jest pomysł! - lecz myśl się gmatwa,
I znów paskudztwo jak wystygła kawa.
Porównania wyświechtane
Wciąż się czają nad papierem,
Wszystkie chwyty już ograne
I te z rajem, i te z niebem.
A Kobieta z niej niezwykła,
Zasługuje na coś więcej;
Wszelka sztampa ma smak mydła,
Lecz nie umiem chyba lepiej:
Że oczy niebieskie
Że lico nadobne
Że kocha pieski
Że dobry z Niej człowiek
Lepiej więc zamilknę, bowiem
Ona się tu nie da zmieścić,
Co wymyślę i opowiem
Ciągle ma za mało treści.
Streszczenie wykładu
Niektóre okazy niedużych i lekkich roślinożerców
Musiały podjąć wzmożoną walkę o byt
Szczególnie jeden -
Najpierw zmienił nawyki żywieniowe
I przeszedł na bardziej oportunistyczną dietę
To spowodowało wzrost masy ciała
Kosztem szybkości i zwinnego poruszania się
Niedostatki zrównoważył sobie
Wzrostem poziomu agresji
A nawet wytworzył zęby jadowe
Którymi kąsa dotkliwie i wyjątkowo boleśnie
Przestał już być już konsumentem pierwszego rzędu
Zaczął przejawiać zachowania
Typowe dla właściwych drapieżników
Jednak niechęć do podejmowania wysiłku powoduje
Że nie gardzi padliną
Mimo wszystko dał się oswoić
Niestety dużo je i nie ma
Większego znaczenia gospodarczego
Ciekawostką jest to
Że w jego genach zachowała się pamięć
O tym kim był przed zmianami klimatycznymi
Czytała Krystyna Czubówna
dzielenie z resztą
nasze razem jest niczyje
Menopauza
Dobre już było
Poczekam cierpliwie
Kilka lat
Aż może wróci
A jeśli nie
I tak z tobą będę
Przez wzgląd na to
Co dobre
Choć już odeszło
Słowa
Bezpańskie wyznania miłości
Kołują razem z liśćmi
Nim różnica ciśnień
Roztrzaska je o chodnik
Zwietrzałe przysięgi
Mieszają się z ulicznym kurzem
A martwe życzenia pomyślności
Imitując pstrokacizną ulotki reklamowe
Wypadają z ulicznych koszy
U wejścia do metra
I tylko obelgi zawsze mają
Stałe zameldowanie
To koniec, można wychodzić
I rozlało mleko;
Erozja wspólne ślady zatarła,
A duszę uczyniła
Nieśmiertelnie martwą;
Z czasem inności się pogłębiły,
Nie przemogę tego,
Opuściła mnie siła;
Wszystko, co było, strawił czas,
Nie naprawię, co złego,
Bo nie ma nas.
Miejsca, do których nigdy nie wrócę,
Cicho skamlą i patrzą mi w oczy,
Do dziś nie mogą głupiutkie zrozumieć,
Czemu tylko cienie bezcielesne kroczą.
Nie jestem od nich wcale mądrzejszy,
Bo gdy idzie o ciebie rozsądek zawodzi:
Zębami szarpię w szaleństwie najpierwszy
Serce, choć to dziś nikogo nie obchodzi.
Tak, to jest moja ostateczna decyzja
Więcej już nie chcę grzeszyć
Wykupię nareszcie receptę
Zmęczony umysł podleczę
Żelbetem utrwardzę serce
Pełną zbroję przyoblecze
Moje jestestwo czym prędzej
Nie będą więcej straszyły
We śnie żadne głupie mary
Za bardzo się bowiem odkryły
I znam ich podłe zamiary
Nie dam się już przenigdy
Popychać w jakieś szaleństwo
Fikcja mi całkiem obrzydła
Odmawiam jej posłuszeństwa
Zburzę za sobą mosty
Podpalę zebrane plony
Dla niepoznaki zapuszczę zarost
Przytwierdzę pukle do głowy
Żrącym kwasem wytrawię
Ze łba twoje wstrętne imię
Przed Bogiem się ciebie zaprę:
"O jakiej jest mowa dziewczynie?"
Anegdota
Nawet to zdarzenie,
Gdyś mi ciężką torbą
W złości przygrzmociła,
Aż się w pół złożyłem,
I tak zostawiłaś.
(Aż dziw, że przeżyłem.)
Oberwałem słusznie
Bo zawiodłem, głupi:
Miałem jechać po Ciebie -
Poszedłem się... odurzyć.
Potem się chowałem
Jak Adam przed Bogiem,
I tak Cię spotkałem -
Nemezis - na drodze.
W oczy popatrzyłaś -
Źrenice rozszerzone,
Niemo zapytałaś -
Nie patrzę w Twą stronę,
Wtedy kara spadła:
Torba w łeb trafiła,
(Głuchy jęk z gardła)
Ty się obraziłaś.
Taka to opowieść,
Jakże wstrząsająca,
Nie ziewaj już, proszę,
Doczekałaś końca.
nie jestem gotów
powiedział Pan
i idź głosić
nie ruszyłem w drogę
bo od tamtej pory jestem martwy
ale i tak cię nie pochowam
w moim uschłym sercu
w nadziei że w końcu
uda mi się ożywić
choć twoją starą fotografię
jak na razie bez sukcesu
Dlaczego?
Nie ma z ciebie żadnego pożytku
A tylko mnie zatruwasz
Produktami przemiany -
Właśnie - czego? Przecież
Nie materii bo nie jesteś materialna
A na pewno nie pod moim adresem zamieszkania
Może to i lepiej bo mniej płacę za
Zużycie wody i wywóz śmieci
I mam więcej miejsca w szafie
Na stęchłe powietrze
Same plusy
Tylko ten ogień w głowie
I świszczący oddech w nocy
Pod ciężarem pytań "dlaczego?"
To bez znaczenia
W produkcji rolnej,
Żubr ni łoś nie zaryczy w kniei,
Żaba ani na chwilę nie przestanie rechotać,
Mucha w zadumie nie zejdzie z gówna.
Nie rozedrze się zasłona w dużym pokoju,
A martwe insekty, cudownie ożywione,
Nie wyjdą nagle z zakurzonych kątów.
Nic się nie zmieni, bo nic nie znaczę.
Jestem nikim i niczym.
Cień
Każdego dnia widzę go wyraźnie
I pęka mi serce bo to twój cień
Jest moim przekleństwem nie dając zapomnieć
Jednocześnie jego widok sprawia mi radość
Bo ciebie już nigdy nie zobaczę
A nie zostały mi żadne twoje zdjęcia na pamiątkę
Jeśli umrzesz przede mną
Ukradnę z nagrobka twoją fotografię na porcelanie
Nie będzie to profanacja tylko czyn z miłości
Do A.G.
Cóż, ojciec umarł i żal kłuje w sercu,
Lecz tobie przecież nic do tego.
Nie było cię stać na gest pojednania,
Nie napisałaś prostego "współczuję...",
Więc daruj sobie tu zaglądanie,
Bo zimnym wiatrem od ciebie duje.
Niezamierzony tryptyk o Tacie
Różnie bywało między nami
Tato
Czasem wspominałem tylko to
Co dla mnie robiłeś dobrego
A czasem wracają
Te mniej ciekawe wydarzenia
Albo te najgorsze
Ale teraz nie chcę żywić się ropą
Ze starych wrzodów osoloną wysuszonymi łzami
Nic to już nie zmieni
Dlatego chcę pamiętać teraz Polanicę-Zdrój
Nasz pociąg ciągnęły dwa parowozy
Chyba ostatnie w PKP
Potem droga asfaltowa
Stromo pod górę! a na niej ślimaki
W kolorze cegły i gołe jak niemowlęta
Nigdy takich wcześniej nie widziałem
I te wieczne strumyki po bokach
I Twoje żółte trapery
Byłeś z nich taki dumny
Pamiętasz?
Może teraz gdy leżysz na specjalistycznym łóżku
I nijak nie można się Ciebie przebić
Jesteś tam właśnie
I oprowadzasz mnie po skansenie
Albo przyglądasz się starszym panom
Grającym ogromnymi szachami na chodniku?
A może minęło już kilkanaście lat
I robimy gdzieś wspólnie fuchę elektryczną
A po dniu pracy dzielisz się ze mną zarobkiem
Żebym mógł coś kupić mojej dziewczynie?
Może dlatego wołałeś mnie wczoraj?
Wiem o tym od Mamy
II
Świeca postawiona na stoliku przy łóżku
Spłynęła jak roztopiony śnieg
I zastygła ścięta mrozem
To śmierć uwieczniła jej kształt
Tajemniczy i wieloznaczny
Jak andrzejkowa wróżba dla przesądnych panien
Ta sama śmierć
Upodobniła twarz mojego ojca do woskowej maski pośmiertnej
Długo w nią patrzyłem nie mogąc doszukać się
Oddechu
Uśmiechu
Czy chociaż grymasu bólu
Musi mi wystarczyć mój własny
III
Wierzę Tato, że już się oczyściłeś
Z niepotrzebnych ziemskich naleciałości,
Że już wszystko zostało Ci wybaczone,
Co tego wymagało,
Nie byłeś przecież złym człowiekiem.
Może nie byłeś wymarzonym mężem i ojcem,
Ale kiedy się więcej o Tobie dowiedziałem,
Złość na Ciebie zniknęła jak pensja z konta.
Nie miałeś udanego dzieciństwa,
Nie zaznałeś zbyt wiele miłości,
Bóg to wie lepiej niż ja.
Ważne jest to, że wyciągałeś mnie z kłopotów,
I że nauczyłeś sporo pożytecznych rzeczy,
A nawet z czasem stałeś się tolerancyjny
Dla moich młodzieńczych wybryków.
Mój pierwszy kolczyk w uchu
Nie wzbudził Twojego entuzjazmu
A za wygolone boki dostałem po łbie.
Jednak, przy kolejnym kolczyku,
Ofuknąłeś Mamę, że dała spokój biadoleniu,
A nawet załatwiłeś mi w trudnych czasach
Buty mogące służyć w tamtych realiach
Za glany. Taki byłeś. Nieodgadniony.
Mam nadzieję, że teraz w Raju
Siedzisz sobie gdzieś wygodnie
I głaszczesz ukochaną suczkę Bubę,
Która siedzi Ci na kolanach.
Gacek i Bubel patrzą Ci w oczy
A Maciek, wielki kot z Twojego dzieciństwa,
Ociera się o nogi mrucząc przymilnie.
I że wreszcie Twoi rodzice
Nauczyli się Ciebie kochać bezwarunkowo,
A Twój młodszy brat, postać tragiczna,
Przytula z miłością swoją głowę do Twojej.
Jestem pewien, że tak Was zastanę,
Kiedy nadejdzie mój czas.
Największa Noc
Sprawiła ją Miłość ogromna
Co w kosztach nie liczy się z niczym
Miłość dała się zmiażdżyć
Byśmy w otchłań nie wpadli
Dała się opluć obnażyć
By wyrwać nas z ciemnej matni
Cierpiąc niezasłużenie
Z agonii ostatnim akordem
Zburzyła mury więzienia
Spłoszyła piekielną hordę
A od nas chce tylko wyboru
Wolnego bez ponaglania:
Czy chcemy z Nią iść do domu
Czy nadal bałwanom się kłaniać
Upadek tradycji
Niczym wojskowy poległych na apel
Zasypiałem w wirtualnym namiocie
W deszczową noc
Choć za oknem ani kropli na chodniku
Taką potęgę mają nagrania
Tak zwanego białego szumu
Jednak moje starania były bezowocne
Nie zjawiałaś się i nie rozpychałaś
W swoim nieistniejącym śpiworze
Nie szeptałaś do mnie
Przestraszona nagłym gromem
Jak wtedy na Jurze
Mania zmęczyła mnie już do granic wytrzymałości
No bo jak długo można znosić własne szaleństwo
Pieprznąłem namiot w krzaki
I już nigdy do niego
Nie powrócę
Bez prawdziwej ciebie
Ale ciebie już nie ma
niedziela, 19 czerwca 2022
Zamiast zdawkowego pożegnania
A nawet wiersze czytali z przejęciem
Komplementami łechtali ego
Moja kuracja już zakończona
Chociaż efektów żadnych nie dała
Bo ból nieznośny uciska mi czoło
A serce nadal w krwawi w kawałach
Nie będę już dłużej zatruwał życia
Konceptem wtórnym i nazbyt wytartym
Żegnam się zatem choć będę łykać
Łzy dłuższą chwilę za kurtyną opadłą
Dość
Nie wypada statecznemu mężczyźnie z brzuchem, w dodatku pod pięćdziesiątkę, pisać o miłości. Zwłaszcza już dawno minionej. Poza tym lekarz zabronił wzruszeń. Grożą wylewem. Wprawdzie częściowo sparaliżowany mam szansę jakoś funkcjonować, ale co będzie jeśli utracę kontrolę nad ciałem całkowicie?
Będę tylko ciężarem dla bliskich. A dawna miłość i tak się nie zjawi, żeby potrzymać mnie za niewładną rękę. Ani za inne, równie niewładne, członki.Poza tym piszę jak pensjonarka. Tematyka stosowna do wieku nie interesuje mnie. Dlatego zamieszczam mój ostatni wiersz - o dziwo wyszedł o czymś innym niż zwykle:
Ostatni wiersz
Olaboga!
Olaboga!
Koniec bloga!
Koniec bloga!
Ostatni mail
Mówiłaś, że jestem nietolerancyjny.
Ale czy to ja pluję jadem na przeciwników politycznych?
Mówiłaś, że mam zamknięty umysł.
Ale czy to ja wyśmiewam inaczej myślących?
Mówiłaś, że jestem chory na głowę.
A czy Ty jeszcze umiesz kochać?
Postawiłaś mi tyle zarzutów.
Osądziłaś mnie dawno temu i zabiłaś pogardą.
I zwłoki wrzuciłaś do dołu.
Nie dziw się, że wyglądam strasznie.
Gazy gnilne rozdęły moje ciało.
Jest mi obecnie wszystko jedno
Jak wyglądam, co jem i piję.
Możesz sobie pogratulować sukcesu.
Zniszczyłaś mi życie.
Niech Ci ta zemsta smakuje niebiańsko.
Ja i tak nigdy Cię nie zapomnę...
A to się może kiedyś obrócić przeciw Tobie.
Choroba afektywna dwubiegunowa
To zębem zgrzytnę, to łzy połykam,
Znów cię nachodzę, a potem znikam.
Dziś nienawidzę, jutro pożądam,
Żegnam się z tobą i znów wyglądam,
Czy się nie zjawiasz na mojej drodze,
Może przypadkiem jako przechodzień,
A może jednak z całym rozmysłem,
Bo tak naprawdę jestem ci bliski?
Powiedz, czy i ty to tak przeżywasz,
Tylko przed całym światem ukrywasz?
To chyba rozsądne posunięcie
Noc mój adres omija
Myśli się kłębią
Dręczą i gnębią
Któraż to już godzina?
Znów ruminacje
Analizy sytuacji
Co przeminęły z wiatrem
Nic to nie wnosi
Ciśnienie podnosi
Tak wyglądają fakty
Muszę z tym skończyć
We śnie się pogrążyć
Co ukojenie przynosi
Nic już nie zmienię
Nakarmię nadzieję
I życiu pozwolę się toczyć
Cholerna noc
Wiersz się rodzi, ja truchleję,
Bo się dusza ma obnaża.
Krew mi krzepnie, mózg ciemnieje,
Przyznam, że mnie to przeraża.
Wzgardzony pożądam chwały,
Lecz do śmierci jej nie zaznam,
Bo nie chce przywdziać ciała
Ma odwieczna inspiracja.
Przyśniły mi się twoje spodnie
Sznurowane tam gdzie lubię.
Spodnie były zaś na tobie,
Nawet włosy miałaś rude.
Cóż mi z tego? Ty twarz gniewną
Skierowałaś w moją stronę,
A mnie mina wtedy zrzedła -
Już wiedziałem, że to koniec.
I faktycznie, już po chwili
Jawa głośno zapukała,
Myślałem, że będzie miło,
A tu oczy zwilgotniałe.
Głupi jestem i naiwny
Dając majaczeniom wiarę.
Przyznaj sama, że to dziwne
Do dziś tęsknić bez umiaru.
Bez Boga
Miłość nigdy nie ustaje. Niestety.
Przeminął mój chłopięcy urok,
A ciało straciło jako takie proporcje.
Pozbyłem się też słodkiej naiwności i złudzeń,
Nic mnie już nie interesuje, nie cieszy,
Na nic w życiu nie czekam.
Nie pamiętam już nawet jak wyglądałaś
Pozostała mi już tylko miłość do ciebie
Oskrobana ze wszystkich aksamitnych otulin
Aż po nagi unerwiony rdzeń,
Sprowadzona do jednego:
Cierpienia.
Nie nie i jeszcze raz nie
Nie ufam żadnym autorytetom moralnym
Nawet skompromitowanym
Nie mam nadziei by coś mogło się zmienić
Nawet w katastrofę
I nie mam nic więcej do powiedzenia
Nawet mądrego
Samotność raczej nie służy
W lokalnej telewizji
Nie wiadomo czy ktoś w ogóle
Jest nim zainteresowany
To jak monodram na scenie w teatrze
Z problemami finansowymi
Nie wiadomo czy ktokolwiek
Siedzi na widowni
To jak picie do lustra
Albo samogwałt
Jest to frustrujące do tego stopnia
Że aż zazdrość budzi wariat
Wiecznie gadający do siebie
On przynajmniej ma odbiorcę
Naszyjnik
Czy leży ma strychu całkiem zapomniany,
I nikt nie przejmuje się jego losem?
Jeśli ocalał, załóż go, proszę cię,
Metal nieszlachetny, lecz wzrok przykuje,
Surową ma formę, piękny w prostocie,
I bardzo do twojej urody pasuje.
Ikonoklazm
Zwykłą karteczkę, jakich dziś wiele
Wciskają na siłę przechodniom.
A jednak ta mnie zaciekawiła,
Bo treść była na niej niezwykła,
Obrazoburcy ją wypuścili,
Aby zwerbować wyznawców.
Podano miejsce, w którym spotkanie
Będzie otwarte dla chętnych.
Data, godzina - bardzo dogodne,
Chyba się na nie przejdę.
Czekam cierpliwie, dzień wreszcie nadszedł,
Ubrałem się uroczyście.
Zabrałem stary album pod pachą,
Ledwo mi się tam zmieścił.
Na środku rynku stos rozpalono,
Żar z niego parzy dłonie.
Nie zważam na to, tylko dorzucam
Moje święte ikony:
Obrazy z wakacji, wycieczek, libacji
I spotkań u niej w mieszkaniu.
Wspomnienia, pamiątki - wszystkie zakątki
Pamięci już wyczyszczone.
Wróciłem do domu, włosy czuć dymem,
Ręce i twarz poczerniały.
Ale jestem już lżejszy i serce spokojniejsze,
Bo wreszcie zmieniłem wyznanie.
Życie płciowe
jakiej płci naprawdę jestem.
Czy czując pociąg do kobiety
nie jestem przypadkiem
nieświadomą jeszcze niczego
transseksualną lesbijką?
A może z freudowskiej
zazdrości o penisa
właśnie dlatego go posiadam?
Z drugiej strony
mam zazdrościć go sam sobie?
Wtedy byłbym istotą obupłciową
w jednym (męskim) ciele
choć rozdzieranym przez
wewnętrzną wojnę pomiędzy
Marsem a Wenus.
Strasznie się to wszystko
pokomplikowało przez ostatnie lata.
A kiedyś naiwnie uważałem,
że jestem po prostu mężczyzną.
Efekt motyla
Odpalił zdalnie
I skończył marnie
Podmuch nim cisnął
W sieci zawisnął
Pająk go omotał
Kości pogruchotał
Wyssał wszystkie soki
Aż mu spuchły boki
Prymitywny punk song
Umiesz tylko naiwnych frajerów zwodzić
Poniżyć i zniszczyć by sobie dogodzić
Twoim narkotykiem jest świat finansjery
Nie służysz ludziom a czekasz na ordery
Lubisz gdy cię szef pogłaszcze po łebku
A ty wtedy aż piszczysz potulny kundelku
Wszystkich wokół traktujesz użytecznie
Nikogo nie pokochasz bo to niebezpieczne
Uważasz że lepiej jest nie mieć serca
I postępujesz jak potencjalny morderca
Na swoim profilu uśmiechasz się fałszywie
Do tysięcy przyjaciół co cię mają w tyle
Gratulując rozwoju zgrzytają zębami
A gdy zaczniesz tonąć to nie licz na nich
Moskiewska noc
-
każdy kościół na świecie i ten prowizoryczny gdzieś w afryce i sagrada familia w barcelonie to golgota i w każdym z nich każdego dnia roku z...
-
fizyka i metafizyka po nocnych koszmarach potrzebujemy kalorii i bezwarunkowej miłości głód fizyczny oszukuje się kawą i papierosem śn...
-
Małgośka (mówią mi) on jest z innej wsi on jest z innej wsi Inaczej modlą się inaczej kroją chleb nie dogadacie się nie dogadacie się 14.12....