sobota, 18 czerwca 2022

Depresja mazgaja

Nic mnie już nie wzrusza
Serca nie porusza
Wszystko jakieś obojętno-obce

Nuży mnie to życie
Śmierdzi mięsa gniciem
Nawet już obrzydły mi manowce

Sny się głupie czają
Czasu wyglądają
By do reszty w bagnie mnie pogrążyć

Siły ze mnie spiją
Jak glisty się wijąc
A rano - do pracy trzeba zdążyć

Obrazek

Introwertyczny mizantrop opędza się
Na chodniku od rowerzystów
Pyskiem przeżuwając przekleństwa
Jak suchą kiełbasę
Idzie nieuchronnie
Krok za krokiem
Krok za krokiem
Krok za krokiem
W kierunku najbliższego przystanku
Staje czeka wsiada
Jest już wieczór

Powiekami przyciemnia światło w autobusie
I tak już mdłe
Zagłusza nieudolną drzemką gęganie
Dwóch pyknicznych sylwetek umiejscowionych
Dokładnie na ogniskowej jego prawej
Małżowiny usznej

Na przeciwleglym miejscu
Siedzi hojnie przegabarytowana
Syrena w scenicznym makijażu
Z płetwiastymi zakończeniami
Nogawek obcisłych spodni
I w mocno wydekoltowanej
Napiętej bluzce
Nad lewą piersią widnieje napis
Nicola i jakaś data
Niewyraźna w słabym oświetleniu
Tyle zdążył zauważyć
Zajmując miejsce wizawi

Syrena wesoło bulgocze przez telefon
Przerywając słowotok twardymi wyrazami
Z jakże dosadną literą R w środku
Tak ochoczo przez nią akcentowaną
Poważna sprawa nowe tipsy
Z tym nie można zaczekać

Droga zdaje się nie mieć końca
Więc trwaj chwilo wiecznie jesteś piękna

Ból

Ból to tylko zwrotna informacja
Od układu sensorycznego
Do jednostki centralnej
Ale bardzo ważna
Dzięki niej sterownia
Dowiaduje się o uszkodzeniach
Stopniu zagrożenia dla integralności systemu
Podejmuje decyzje o przeciwdziałaniu
Na przykład o oddaleniu się
Od źródła bodźców
W ostateczności może samodzielnie
Oddzielić zniszczony obszar
Od reszty ustroju
Tylko czy to wszystko
Musi tak cholernie boleć?

Ławka

Siedzę na ulubionej ławce na podwórku. To taki mój dom pracy twórczej, odpowiedni do mojej miary i wprost proporcjonalny do wielkości talentu. Jesteśmy idealnie dopasowani, nawet lepiej niż małżeństwo. Znam się na tych kwestiach. Mam za sobą dwa. A nie, jeszcze nie. Ciągle zapominam, że moja druga żona nie jest jeszcze wdową, chociaż od lat nad tym usilnie pracuję paląc, nie uprawiając sportów oraz podjadając w nocy. Jak na razie - bezskutecznie. Zresztą nigdy jakoś
specjalnie nie przykładałem się do
jakiejkolwiek pracy, więc czemu tu nagle
miałem stać się przodownikiem. Generalnie zawsze wolałem ciągnąć sięw ogonie. Na wojnie byłbym zapewne maruderem kradnącym kury po wsiach. Wracając do ławki - nikt tak mnie nie rozumie jak ona. Nie oburza jej mój nieudolny alkoholizm. Nie kręci nosem na dym papierosowy. Niewykluczone, że z powodu braku nosa. Nieważne. To są jej sprawy, nie roztrząsajmy ich, uszanujmy jej uczucia. O ile je posiada.

Od pewnego czasu jesteśmy na ty. Ona do mnie mówi: "ty brudasie", ja zaś do niej: "spadaj rupieciu" i tak codziennie nawiązujemy intymną więź. Lubimy też długo milczeć i wpatrywać się w śmietnik. Zupełnie jak gdybyśmy czuli intuicyjnie, że ostatecznie tam trafimy. Może nie dosłownie (wszak milczymy), ale w przenośni. Ma to sens, bo i ją i mnie można podnieść i przenieść. Pod śmietnik. Przykładowo.

Czas kończyć, bo ławka znacząco uwiera mnie w tyłek. Dba o mnie. Jest późno.
A może tylko nie lubi, kiedy się na niej śpi?

Upał

Słońce przyspiesza mój rozkład
ścinając białko.
Zaczyna od płata czołowego mózgu. Obojętnieję na bodźce.
Nie obchodzi mnie dziś zupełnie nic,
nawet to, czy w domu jest obiad.
Najchętniej zdarłbym z siebie ciało
i przeniósł do zimnej bezdusznej maszyny,
wtedy moje puste spojrzenie
nabrałoby wreszcie jakiegoś sensu.

Przerost ambicji

Dokąd zaprowadzi mnie Mleczna Droga?
Czy tylko donikąd, czy może do Boga?
A gwiazdy - czy wskażą właściwy kierunek?
A może mnie zwiodą i próżny ratunek?

Jestem tu tylko nędznym włóczęgą,
Idę przez góry, przecinam rzek wstęgi,
Nie zatrzymuję się nigdzie na dłużej,
Wszech-świat to cel mojej podróży.

Marzeniem moim jest być tam wszędzie,
W każdym punkcie koty, odciętej i rzędnej,
W całej trwania czasu niepojętości,
Początkowej i końcowej osobliwości.

... Tak sobie dumam popatrując spod oka
Na śnieg, co skrzypi pod butami. Wysoko
Kosmos świeci i szydzi ze mnie niemo,
Śmieszny jestem, chcę nie wiadomo czego.

05.06.2021

Dziś po raz pierwszy
byt spotkał się z Bytem
tymczasowość z Wiecznością
niestałość z Wiernością
świątynia z Fundamentem
naturalne z Nadprzyrodzonym
ciało z Chlebem
serce z Sercem.

Co będzie dalej, Córeczko?

Kancelaria Niebieska

Sypie się z nieba konfetti białe,
(Pewnie Najwyższy dziurkacz upuścił.)
Choć brnę przez zaspy z trudem niemałym,
Szeroki uśmiech na gębie zagościł.

Opodal na skwerze dzieci się bawią,
Krzyczą wesoło, rzucają śnieżkami,
Słońce zza chmur wygląda nieśmiało,
Psy się tarzają kłapiąc paszczami.

Wszystko jest wreszcie jak być powinno,
(Dobrze, że Pan Bóg bywa niezręczny.)
A rajskie ścinki osłonią przed zimnem
Drzemiące w ziemi siły odwiecznie.

Wędkarze

Nadwiślańscy łowcy
Warszawscy drapieżnicy
Zastawiają śmiertelne pułapki
Na ukleje płocie i klenie
Ta sama powaga sytuacji
Co wielogodzinna walka z marlinem
Lub żaglicą
Choć to nie są gatunki słodkowodne

Ich dawno nieprane kurtki wojskowe
Z wycofanych sortów mundurowych
Dumnie zdobią naszyte na rękawach
Barwy narodowe
Jeśli jest to kamuflaż pantera leśna wz. 93
To Najjaśniejszej Rzeplitej
Jeśli zaś jeden z rodzajów flecktarnu
Będącego potomkiem wzorów dla Waffen SS
Opracowanych przez profesora
Johanna Georga Otto Schicka
To flaga jest Bundesrepublik Deutschland
Profesor Shick znał się na rzeczy
Chciał by kamuflaż nie tylko wtapiał w tło
Ale aby i zniekształcał sylwetkę
Polski nie spełnia obu tych założeń
Za to jest naprawdę ładny

Mocarne gumiaki niczym ciężkie saperki
Zostawiają w mokrym gruncie
Wyraźne ślady zdecydowania na wszystko
Nie ma mowy o porażce
Zanęty przynęty muchy podbieraki
Plastikowe wiadra po farbach
I wędziska
To niezawodny arsenał

Po udanych łowach
Ofiary doczekują aktu łaski
I wracają do łańcucha pokarmowego
Na ustalone w drodze doboru naturalnego
Miejsce w hierachii bytów
A strudzeni łowcy pokrzepiają się wódką
Którą chuchają w autobusie
Zwycięstwu nie przeszkadza
Palenie w gardle

Mosty

Postanowiłem definitywnie
Przestać o tobie myśleć
Dlatego spalę wszystkie mosty
Ale wcześniej
Dla pewności
Podpalę twój dom

Asmodeusz

Gryzącym dymem się wślizguje
Przez szparę pod krzywymi drzwiami
Drapieżnie żeru wypatrując
Nienawistnie zimnymi oczami

Węszy przy tym pożądliwie
Jak pies idący za posoką
Diabelsko przy tym nieustępliwy
Przychodzi tu z Królestwa Mroku

Co go przyzywa z głuchej otchłani?
Dom gdzie złość i smutek panują
Tam nienawiść szeptem rozpali
Czasu swojego wyczekując

Gdy już rozjątrzy zadawnione rany
I serca opróżni z resztek miłości
Kruszy fundament jak lód spękany
Zostawia zgliszcza i obojętność

Matrix

Czy zdażyło się wam być na imprezie
Na której wypadało się upić
I zarazem nie wypadało się upić?
Bo mnie tak - trzydzieści kilogramów temu
Było to do tego stopnia frustrujące
Że po na myśle wybrałem upicie się
Choć moja reputacja legła do reszty
W gruzach wraz ze mna na dywanie
Przespałem ich tańce
Czułości na kanapie
A nawet moment gdy wyszli
Czasem matrix jest lepszy od prawdy
A może śniąc byłem wreszcie
W realnym świecie?

piątek, 17 czerwca 2022

Nareszcie coś optymistycznego

Chciałbym napisać o moich rozterkach,
Lub o tym, co zasnąć nie daje.
A tu akurat sumienie nie nęka
I wszystko pachnie majem.

Gdzieś czmychnęły głupie dylematy,
Gorące uczucia popiłem zimną wodą
I nic nie doskwiera, a poniesione straty
Obchodzą tyle, co pogoń za modą.

Zobojętniałem na śpiew syreni,
Nie skaczę za burtę byś kości ogryzła.
Musisz kimś innym trzewia wypełnić,
Bo jakoś mi dziwnie obrzydłaś.

Szkoda każdej sekundy życia,
Za dużo ich poświęciłem tobie:
Długie lata tęskniłem w ukryciu,
Coś ty zrobiła mej głowie?

Nie mam potrzeby popadać w szaleństwo,
Więc obrót na pięcie i idę przed siebie,
A moja przyszłość, jak słodkie maleństwo,
Gaworzy uroczo i głośno się śmieje.

Samobadanie

Moje metafory
Niczym kalafiory
Rozgotowane

Pieszczą aromatem
(Bukiet przebogaty!)
Gust niewyszukany

Nowego nic nie wnoszą
A jednak się panoszą
W mojej mózgoczaszce

Naiwnie pomyślałem
Że hardo spojrzałem
Poezji prosto w paszczę

Dziecko we mnie

Psychoterapeuta doradził mi
Żebym odnalazł swoje wewnętrzne dziecko
I nawiązał z nim ścisły kontakt
Wtedy życie nabierze barwy i smaku
Pomyślałem sobie "dobrze"

Udało się
Wewnętrze dziecko pokazało mi  język
Zaśmiało się chrapliwie i rzuciło celnie kamieniem
"No tak" uświadomiłem sobie
"Dzieci do pewnego wieku są bez grzechu"

Co mogłem zrobić? Uciekłem z płaczem
Na szczęście nie muszę
Płacić na nie alimentów

Wyzwolenie

Nareszcie pękła nienawistna skorupa
Teraz światu świecę gołą dupą
Jestem wyzwolony z pęt i okowów
I tylko zgubiłem drogę do domu…

Delete

Nastąpiła wreszcie remisja choroby
Już nigdy nie wejdę na twoje schody
Nie będę więcej twych tropów wietrzył
Odkochałem się w tobie bez pamięci

Twój los jest mi zupełnie obojętny
Jak widzisz jestem uczniem pojętnym
Twój obraz zatarł mi się całkowicie
Bo nigdy nie było cię w moim życiu

I na ulicy ciebie nie rozpoznam
Minę mimo bo taki mam program
Nawet dyskretnie się nie obejrzę
Obchodzisz mnie tyle co stęchłe powietrze

Wycinek genealogii

Byłaś zielonym pędem
Rozczulającym swą dziecinnością
Wiem to - twoje zdjęcie z tego okresu
Stało kilka lat w moim pokoju
Aż uschło i wykruszyło się z ramki.
Z biegiem lat wyrosłaś,
Zakwitłaś barwami rajskiego ptaka.
Z czasem twoje kwiaty
Ustaliły swą barwę na pasującą
Do stanowiska służbowego.
To się nazywa dress code, prawda?
A teraz? Przekwitasz
Nie wydawszy żadnego owocu.
Zbyt byłaś zajęta wzrostem
W kierunku słońca. Ambicja.
Zaczęłaś nawet wyrywać się z pnia,
Którym zresztą i tak pogardzałaś,
Bo chciałaś sięgnąć wysoko, najwyżej,
Aż zaczęłaś więdnąć.
Może twoja siostrzenica
O której mówisz bez emocji,
A tak podobna do ciebie,
Nie podzieli twojego losu.

Nie modlić się za mnie!

American Tobacco
Trynidad i Tobago
Podagra i lumbago
Nic już te nazwy
Dla mnie nie znaczą
Bo mnie nie ma

Nie ma mnie tu
Jestem tam
W piekle
Przez brednie
Że piekło nie istnieje
A diabeł to tylko w jasełkach

Karmiłem się złością
Pyszniłem wielkością
Żyłem dla siebie
Trupy znaczyły drogę do celu
No to cel osiągnąłem

Teraz żal trawi mnie bez reszty
Że wszystkie okazje do dobra
Przemyślane przez sztab w Niebie
I podsuwane codziennie przez Ciebie
Zmarnowałem. Ech!... teraz Cię nienawidzę po wieczne czasy!

Co autor miał na myśli

Wiersze O Tobie
Wcale nie są o tobie
Pełnisz w nich wyłącznie
Rolę służebną figury
Symbolu tego co już odeszło
Młodości beztroski
I buntu wieku pokwitania
Funkcjonujesz tam w charakterze
Jarmarcznej błyskotki
Jesteś tylko grafomańską konwencją
Czyli tak naprawdę nikim
Bo wiersze o tobie
Są Wierszami O Mnie

Nigdy więcej

Już ci nigdy nie poświęcę ani wersa,
Nie chcesz mnie znać? I dobrze! Vice versa!

Twoja pycha, choć rozdyma cię jak balon,
Nieznośnie jak beton nad głową ciąży.
Z podobnych sobie kukieł stworzyłaś salon:
Gniazdo jadowicie uśmiechniętych węży.

Czczą gadaniną zagłuszasz pustkę duszy,
Stałaś się dla siebie celem samym w sobie.
Czy ciebie coś jeszcze umie dzisiaj wzruszyć?
Czy będzie komu zapłakać nad twoim grobem?

Gówno mnie to dzisiaj obchodzi.
Wracam do siebie. Piwo się chłodzi.

Niedoskonały plan ucieczki

Muszę nabrać dystansu
Dlatego uciekam od siebie
Przed siebie
Ale mój cień nie chce się odczepić od stóp
Spowalnia mnie i krzyczy za mną
Że to nie ma sensu
A ja już nie chcę by jakiekolwiek cienie
Były scenarzystami mojego życia
By narzucały się myślom i snom
Drążyły czaszkę i łamały kręgosłup
Żeby wyssać ze mnie resztki życia
I tych kilka kropli rozsądku
Więc jeśli się nagle zatrzymam
A potem zacznę biec w przeciwną stronę
Może mój cień się nie zorientuje
I oszukany podstępem zostawi mnie w spokoju?
Tylko czy wtedy na trasie ucieczki
Nie spotkam ponownie siebie?
Co wtedy? Wszystko na nic?

Kryzys

Wszystko mi tu już obrzydło
Niepotrzebnie język strzępię
Mdłe te wiersze są jak mydło
Po co ciągle w ranach grzebię

To co było to odeszło
Niezbyt myśl ta jest odkrywcza
Produkuję tylko bełkot
Tak jak sztubak z uczyliszcza

Więc porzucam tego bloga
Tak jak zbędną kupę złomu
Nie postanie moja noga
Pora zwijać się do domu

Szlam poetycki

Jaś Kapela
W niebo strzela
Będzie ostro
Zakonna siostro
Zawyje echo
Tłusty klecho
Spadnie Bóg
Na bruk
I... co znowu?
Miał być atom!
Wyszedł jak zwykle mokry kapiszon
Ale
Odpowiednie środowisko
Zrobi wszystko
Nawet sokoła z kreta
Bo to jest SŁUSZNY poeta

Czyżby?

Jestem podobno
Owocem miłości
Więc ciało
To miąższ
Dusza
To pestka
Nie mam jednak
Dobrego smaku
Może miłość była
Zbyt trudna
A może czasy
Zbyt trudne na miłość
Dlatego codziennie
Kandyzuję się
Farmakologią
By smak stał się
Przynajmniej akceptowalny
Ale pestka nadal
Pozostaje gorzka
Dyfundując swój aromat
W resztę mnie

Senny koszmar

„Wirtuoz przeciętności
pogrobowiec epigonów
poezji pensjonarskiej
niezamierzenie komiczny
zombie z filmów klasy B
udający wskrzeszonego romantyka
najpierwszy w tytanicznie
nieudolnym naśladownictwie
mierny ale wierny pielgrzym
idący wydeptanymi aż do głębokości
kanionu szlakami pełnymi
wyeksploatowanych toposów
alegorii porównań…”

Obudziłem się przerażony
podniosłem głowę z zapoconej
poduszki Pandory i ujrzałem
gotową formę mojej maski pośmiertnej
Na dworze żar lał się z nieba
jak z Cerbera
a na klatce schodowej sąsiadka
wszczęła haremną awanturę
bo pies tych z góry
naszczał jej na wycieraczkę

Ironia losu

Poeci przeklęci
Pijacy pieprznięci
Za życia niczego
Nie wydawali

Dopiero ich wiersze
Te gorsze i lepsze
Gdy oni już w ziemi
Wszyscy poznali

Nikt ich nie słuchał
Przepędzał jak muchy
Co się do gówna
Zlatują

A teraz uczczeni
Na klęczkach wielbieni
Uczniów w szkole
Katują

Nareszcie

W głowie robi się porządek
Stare śmieci znów piwnicy
Miły złego był początek
Skończyć mogło się gromnicą

Zasypana już ta dziura
Co prowadzi do otchłani
Jeszcze ją otoczę murem
Albo kamień spocznie na niej

Nawet jeśli głaz skruszeje
Mnie już zmora nie wypatrzy
Żegnam dziś krainę cieni
I wyjeżdżam z niej na zawsze

Wierszyk ufologiczny

Siedzę chłodną nocą na balkonie
Wygrzebuję z popielniczki pety
Wgapiam się w czerń nieboskłonu
Kiosk zamknięty już niestety

Wypatruję znów czy leci UFO
W telewizji straszną nudą wieje
Moja mina coraz bardziej strutą
Tutaj także niewiele się dzieje

Żaden spejsmen po mnie nie przyleci
Nie abdukuje na talerza pokład
Nie odbierze żonie oraz dzieciom
Więzieniem mi Słoneczny Układ

Międzygwiazdowy seks z kosmitką
O skórze węża nie wchodzi w rachubę
Ludzki żywot przyziemny i płytki
Ziemia skazuje na wieczny smutek

Gdzie ci szaracy gdzie reptilianie,
O których słyszałem na jutjubie
Tyle ksiąg mądrych przeczytałem
A oni mnie mają w kosmicznej...

Samo(oka)leczenie

Wypaliłem sobie oczy żeby nie wpatrywać się
W twój obraz jak w świętą ikonę
A oczodoły wypełniłem zgniecionymi w kule kolorowymi gazetami
Dzięki temu nie będę straszyć pustym spojrzeniem
Język wyrwałem razem z odmawianymi do ciebie litaniami i nowennami
Nie przedziurawiłem tylko błon bębenkowych w uszach
To nie było potrzebne
I tak mi nigdy nie odpowiedziałaś

Wiersz o niczym

Nie wiem, o czym pisać,
Wena opuściła.
Słowa nie chcą się układać,
Nie zmuszę ich siłą.

Moralne niepokoje,
I serca porywy,
Zmienne nastroje,
Rozwiane końskie grzywy,

Wszystko to już było.
Boże, jaka nuda! ...
Tyle się tego namnożyło,
Jak przez jakieś cuda!

Może o czymś zwykłym,
Codziennym, powszednim?
Do ód nienawykłym,
Skromnym, lecz potrzebnym?

Może o zmywarce?
Poczciwe stworzenie.
Nie w głowie jej harce
I nie zna wytchnienia.

Podzwania sztućcami
Jak na śniegu sanie,
Wystukuje talerzami
Dziki skoczny taniec.

Garnki dudnią głucho,
Słychać bulgot wody.
Potem wyjmę wszystko suche
I koniec przygody.

Taki wiersz mi się napisał
Sam z siebie zupełnie.
Głupszego bym już nie umiał,
Nie szukaj w nim głębi.

Dojrzałość

Jeśli uważasz
Że dojrzałość
Polega na płynięciu
Z głównym nurtem
Rwącego szamba
To faktycznie
Nie spełniam obecnie
Warunków definicji
Ale
Kiedy w końcu
Stracę siły
Prąd mnie porwie
I dojrzeję
Ty będziesz już
Bardzo stara
I bardzo samotna

Szarada

Oddychanie. Wymiana gazowa.
Zimna woda lekko gazowana.
Szklanka wypada z ręki. Woda
wsiąka w poliestrowy dywan.
"Ashes to ashes, dust to dust".
Przemiana materii w energię.
Energii w brak energii. Stara bateria
starego typu - nieładowalna.
Martwa natura. Martwe białko.
Krew ciąży ku najniżej położonym warstwom barwiąc je jak papier lakmusowy w kontakcie z mocną
zasadą. Zasada entropii. Chaos
z harmonii. Patos z organów.
Organy od razu do transplantacji.
Nie ma za dużo czasu.

Pas

Mam stary
Skórzany pas
Wojskowy
Służył mi
Wiele lat
Na ostatnią drogę
Też się przyda
Jest niezawodny
Wytrzyma

Podręczny słownik rosyjsko-polski w porządku niealfabetycznym z uproszczoną transkrypcją wymowy

Стол ("stoł") to stół
Стул ("stuł") to krzesło
Кресло ("kriesło") to fotel

Икра ("ikra") to kawior
Ковер ("kawier") to dywan
Диван ("diwan") to tapczan

Правда ("prawda") to kłamstwo
To wierutne kłamstwo
To bezczelne kłamstwo
To wstrętne kłamstwo
To totalne kłamstwo
To diabelskie kłamstwo
To niewyobrażalne kłamstwo

Tancerka

Szalona tancerka
Rudowłosa tancerka
Pląsa na szczycie gładkiej kolumny
Jej gorące ciało i ogniste loki
Kontrastują z niebieską przepaską na biodrach
Dziwne i niepokojące połączenie barw
Tancerka niby w szale bachantki
Niemo krzyczy wyrzucając do góry ręce
Jakby chcąc zerwać ze świata całun
Jej trud pozostaje próżnym więc rozpaczliwym gestem
Tarmosi swoje rozpuszczone bezwstydnie włosy
Odsłaniając spod nich piersi i brzuch
Jak skargę na przemijanie
Patrzcie! mówi do wpatrzonych w nią oczu
Jestem teraz jędrna młodością
Gładka pełnią soków
Jestem nieskalana!
Lecz pewnego dnia palące słońce
Wysuszy moją skórę i spopieli żar na głowie...
Ale teraz kiedy jeszcze nie nadszedł czas śmierci
Podziwiajcie mnie
I wygina się zmysłowo
Lubieżnie
Chutliwie
Szalona tancerka
Bosonoga tancerka
Zdążyła jeszcze cicho zaklaskać w dłonie
I nagle znika za podmuchem
Wreszcie przywrócono zasilanie prądem
Więc zgasiłem świecę

To jeszcze nie koniec świata

Czas się pożegnać
Pomachać ręką
Niedbale na pustym peronie

Oczy obetrzeć
Mankietem rękawa
Zadrapać nos guzikiem

Odwrócić na pięcie
Wrócić do siebie
Nastawić wodę w czajniku

Popłakać dyskretnie
Zapomnieć o kawie
Choć gwizdek oparzył palce

Wiosenne porządki

Postanowiłem
Usunąć z domu
Przed Świętami
Trochę starych gratów
Niepotrzebnie
Gromadzą kurz
Nie wywołują już
Żadnych miłych
I niemiłych
Wspomnień

Słodkie gadżeciki
Od ciebie
Rozdałem dzieciom znajomych
Twoje stare listy
Wrzuciłem
Do pojemnika z makulaturą
A ciało
Umieściłem w pojemniku
Z napisem „ZMIESZANE”
W drugim końcu miasta

Wiersz o miłości

Ludzie za dużo oczekują
Od ludzkiej miłości. A ona
Nie jest w stanie temu podołać.
Stąd rozczarowania.

Żądamy, by była
Nieustająca i wzniosła,
A my sami jesteśmy
Niestali i przyziemni.

Skoro kroimy ją na miarę naszej marności,
Nie potrafi wznieść się wyżej od nas,
Bo taka jest tylko wytworem pracy
Naszej kory mózgowej.

Głos rozsądku

Michale, Michale,
Co nie śpisz nad ranem,
Hymny wyśpiewujesz,
Głowę sobie psujesz,
Michale, Michale...

Wierzysz, że usłyszy,
Pośród nocnej ciszy,
W sercu głos twój słaby
Tęskny i oddany,
Michale, Michale...

Ona znać cię nie chce,
Pieśń ego nie łechce,
Skończ z tym uwielbieniem,
Jesteś dla niej cieniem,
Michale, Michale!

Jesień

Kiedyś zamilknę i nic już nie napiszę,
A życiu pozwolę toczyć się dalej,
Bo coraz bardziej cenię sobię ciszę,
Wiek robi swoje - emocje opadają.

Zbyt mało czasu mi tu pozostało,
By go roztrwaniać na zdarzenia przeszłe,
Usycha moja genealogiczna gałąź,
Nie zmarnuję jej soków na kolejne wiersze.

"45 lat"

przypadkiem rok temu obejrzałem ten film
i znowu jak wtedy kiedy powiedziałaś mi
niby pierwszemu że się rozwodzisz
przejechała po mnie cała husaria
od początku swojego istnienia
aż po kres tej formacji
wtedy oczywiście mnie okłamałaś
nie byłem pierwszy bo pierwszym
który się o tym dowiedział był zapewne
twój ówczesny mąż a zaraz po nim
twoi rodzice siostra i przyjaciółki

składanie połamanych kości
zajęło mi spory wycinek wieczności

w tym czasie zniszczyłem moje pierwsze małżeństwo
zgodnie z przepisami prawa cywilnego i kanonicznego
zawarłem nowe i do obejrzenia tego filmu
nie pamiętałem o tobie przez piętnaście lat
był to prawdziwie błogosławiony czas

przez ostatni rok napisałem mnóstwo kiepskich wierszy o tobie
obrzydły ci już tak bardzo że musiałaś
zablokować mój numer telefonu
a maile kasujesz od razu bez czytania

pewnej nocy tej najczarniejszej w roku
zaczaiłem się pod siedzibą kanału
telewizji kablowej która puściła ten film
wysadziłem drzwi i wdarłem się do środka
sterroryzowałem ochronę a następnie
rozlałem we wszystkich pomieszczeniach
łatwopalną substancję i gestem twardziela
rzuciłem za siebie zapalniczkę marki zippo
przedtem jednak pozwoliłem
odejść przerażonym ochroniarzom

kanał przestał istnieć a film nie jest już emitowany
teraz znowu mogę o tobie zapomnieć
tym razem na zawsze.

(2021 r.)

czwartek, 16 czerwca 2022

Paradoks

Otworzyłem zakład pogrzebowy.
I co? Żywego ducha.
Otworzyłem księgarnię.
Nikt do niej nie zajrzał.
Otworzyłem sklep spożywczy.
Mam teraz zapasy do końca świata.
Z rozpaczy chciałem otworzyć żyły.
Po namyśle zamknąłem ten rozdział.
Od kiedy otworzyłem pierwszą butelkę
Drzwi się nie zamykają.

Życzenia świąteczne

kąśliwe 

ale serdeczne

Niech bogini
Kundalini
Dobrze ci
Czakry przeczyści

Olej Jezusa
Skoro nie wzrusza
Historia łzawa
Narodzenia Pana

Niech służy zdrowie
Skup się na sobie
Najlepiej to ci
W życiu wychodzi

Język polski

Język antysemicki z grupy -> rasistowskiej mowy nienawiści (obok wymarłego języka -> nazistowskiego). Jest drugim składnikiem polskiego antysemityzmu, zaraz po mleku matki. Niektórzy znani użytkownicy: Bolesław Leśmian (właśc. Bolesław Lesman), Julian Tuwim, Irena Tuwim, Jan Brzechwa (właśc. Jan Wiktor Lesman), Marian Hemar, Antoni Słonimski, Stanisław Lem, Hanna Krall.

ja masywna gwiazda

już za dni kilka
rozbłysnę supernową
z mojego rozerwanego ciała
powstaną nowe gwiazdy i globy
moje łzy zapełnią ich morza
a krew będzie tętnić podskórnie
i wypływać jak lawa
użyźniając glebę

z pamięci o minionym życiu
dobry Bóg ulepi rękami ewolucji
najpiękniejsze kwiaty
i najniezwyklejsze zwierzęta
jakie tylko kiedyś sobie wyobraziłem
inne niż te w telewizji parku lesie
czy ogrodzie zoologicznym

kto wie
może w tych nowych rajach
stworzy też znowu pierwszych ludzi
już mądrzejszych niż Adam i Ewa
doskonalszych piękniejszych
bez cienia w duszach
a może znowu da szansę
tobie i mnie

odmiana słowa "każdy" na przykładach

każdy kościół na świecie
i ten prowizoryczny gdzieś w afryce
i sagrada familia w barcelonie
to golgota
i w każdym z nich każdego dnia roku
z jednym jedynym wyjątkiem
bez względu na zewnętrzne okoliczności
skatowany chrystus pokornie dźwiga krzyż
by dać się zabić za każdego bez wyjątku

każdego dnia jestem judaszem
sprzedającym możnym mistrza
jestem pewnym siebie arcykapłanem
obłudnie rozdzierającym szaty
jestem policzkującym i bijącym trzciną
jestem rzymskim oprawcą
jestem kolaborantem
jestem skrytobójcą
jestem złodziejem i prostytutką
jestem nieskończoną tablicą mendelejewa
ludzkich nieprawości

a on codziennie od wieków
idzie przyjąć śmierć z moich rąk
choć mógłby jednym słowem
zmiażdżyć ten plugawy wszechświat
ponownie do postaci osobliwości początkowej
nie rozumiem jego miłości

Rozsądne małżeństwo

Rozsądne małżeństwo trwa zgodnie
Na przekór wszytkim przeciwnościom
Bo wie że musi spłacić kredyt hipoteczny

Rozsądne małżeństwo nauczyło się
Odgrywać swoje role przed dziećmi
Chociaż one i tak w końcu wyczują fałsz

Rozsądne małżeństwo ceni sobie spokój
Dlatego nie ma mowy o rozbiciu go
A z kimś nowym będzie przecież tak samo

Rozsądne małżeństwo śmieszy miłość
Bo trudno brać na poważnie coś czego 
W domu rodzinnym nie widziało na oczy

Rozsądne małżeństwo szybko przestało
Wierzyć w bogów i mity dlatego jego dzieci
Również będą bardzo rozsądne i racjonalne

Rozsądne małżeństwo to najlepsze
Wyjście w sytuacji gdy boski sakrament
Przemienił się w diabelski ekskrement

Paw

Wypaliłem się jak znicz
Nie napiszę więcej nic
Zawiesiłem się i już
Moje wiersze pokrył kurz
Zapomnienia
Nikt nie woła
Z oddalenia
...enia...
...enia...
I nikogo nie wzruszyłem
Próżno się pyszniłem
Ogonem jak paw
Pif-paf!
Jak wypchany paw!

Koniec

Już nic więcej nie napiszę,
Dość się chyba ośmieszyłem.
W moich wierszach pustka świszczy,
A talentu nie przybyło.

Nie wychodzi mi poezja,
Prozy tworzyć nie potrafię,
Marny warsztat, brak finezji -
Nie mam szans na biografię.

Muzy krztuszą się ze śmiechu,
Odwracając piękne główki,
Ostrzegały mnie, że grzechu
Hybris Olimp nie odpuści.

Nie słuchałem - mam za swoje,
Ale się puknąłem w czółko.
Czas mi przyszedł, by spokojnie
Oddać lepszym moje biurko.

Bankructwo

Praktycznie nikt tu nie zagląda,
Więc na co i po co to całe pisanie?
A prawda jest taka, że przez wzgląd na
Jej osobę... to wszystko było dla niej!

Widocznie nie było jej po drodze
Pomiędzy pracą, jogą a włoskim,
Nie miała czasu, a ja tu się głodzę,
I jeszcze skończyły się papierosy.

Zamykam więc mój kram z wierszami,
Głupimi jak sam jestem głupi,
Niech straszy frontem zabitym dechami,
A ja spokojnie pójdę się upić.

Fatal error

W życiu niewiele mi się udało,
Nie byłem sprytny - raczej naiwniak
Może rozumu miałem za mało?
Głupstw narobiłem, aż wstyd się przyznać.

Największym błędem - poznanie ciebie,
W porę nie zszedłem z obranej trasy.
Gdy cię spotkałem, była już jesień,
Jak ona złociste były twe włosy.

Rozum oślepł od gry świateł złudnej,
I serce zaczęło dochodzić do głosu,
A teraz to serce przyprawia o zgubę,
Tamtego zdarzenia zapomnieć nie sposób.

Najpierw inwokacja, potem gadulstwo, na końcu moralitet

Muzo, moja muzo,
Jesteś najmniejszą ze wszystkich muz
I najdokuczliwszą. Nawet rozmiar masz
Dokuczliwy, bo nie jesteś większa
Od muchy robacznicy.
I może wcale nie jesteś muzą.

Nie przylatuj tu więcej, bo
Możesz sobie opalić skrzydełka o płomień zapalniczki.
Będziesz wtedy musiała zostać u mnie na dłużej.
A co będzie, jeśli skrzydełka nie odrosną
I zostaniesz u mnie na stałe?

Zafundujesz mi wtedy trans macabre,
W którym zniszczysz mnie ustawiczną Potrzebą pisania, przez to zaniedbam Sprawy naprawdę ważne, bo będę żył 
W nienasyconym twórczym napięciu. 
A przecież dobrze wiesz - jaki wieszcz Taki profetyzm. Nic tym nie osiągniesz.

To nie ma sensu

Czy stary i niemodny prochowiec
Ma prawo do pretensji
Że nikt go już nie chce nosić?
A zepsute radio - że wylądowało
W pukcie zbiórki elektrozłomu?
Czemu więc ty odczuwasz
Jakiś głupi żal
Że zostałeś odrzucony i zapomniany?
Należysz do tej samej kategorii.
Jesteś już tylko śmieciem.

Urodziny

"Zrobię sobie prezent
I rzucę palenie
Może się przestanę dusić
Muszę się do tego zmusić
Jak mi oddech się wydłuży
Będę lepiej Polsce służył
A jeszcze bym schudł
Bo bym biegać mógł
Zadbam przez to kompleksowo
O me zrujnowane zdrowie
Przez palenie i otyłość
I odzyskam wtedy miłość
Wprawdzie tylko własną..."
Nie skończył, bo zasnął.

Gradacja trudności

Od Gwiazdy Polarnej
Oddziela mnie
Pieprzone okno
A potem już tylko
Dziesięć pięter
Jakoś ten czas zleci

Moja teoria strun

Losy wszystkiego co jest
Było lub będzie
To oddzielne włókna
Niektóre wyplatają zgodnie gobeliny
Inne wiążą orydynarne supły
Zagmatwane dzieje czasem tworzą
Struktury podstępne jak pajęczyny
W najlepszym razie
Męczące jak motek wełny
Część włókien jest pozrywanych bezpotomnie
A inne zostały przedłużone nowymi
To są właśnie te struny
Które trzymają Wszechświat w kupie
Mimo wszystko

Przygotuj się

Kiedy skończysz
Siedemdziesiąt lat
Najpewniej będziesz
Całkiem sama
Z pięknym dużym mieszkaniem
W zdrowej okolicy
I zupełnie bez żadnych perspektyw

On raczej nie będzie już żyć
Wszak jest dużo starszy od ciebie
Dzieci cię nie odwiedzą
Bo nie chciałaś ich mieć
Twoi męscy rówieśnicy
Będą pożerać wzrokiem
Dużo młodsze od ciebie
A ciebie nawet nie zauważą

Całe dorosłe życie
Żyłaś wyłącznie dla siebie
Więc nie zdziw się że starość
Spędzisz tylko ze sobą
Przygotuj się zawczasu
Żeby się nie dać
Zaskoczyć samotności

Nikotynowa częstochowszczyzna

W zasadzie płuc już nie posiadam
Więc nadszedł czas na organ zastępczy
Może to będą rybie skrzela
Lub płucotchawki na wzór pajęczy

Oddech mi świszcze jak stary czajnik
Co się rozsiada na kuchence
Każdego ranka podgrzewa go palnik
A potem uchwyt parzy mnie w ręce

Palenie faktycznie zdrowiu nie służy
Nie polecam tego hobby
Kolejka u lekarza strasznie mnie nuży
I w brzuch strasznie cisną zaciasne spodnie

Diagnoza pewnie nie będzie zabawna
("Rzuć pan te fajki do jasnej cholery!")
Tak się dziś mści głupota dawna
Że męczą mnie nawet krótkie spacery

Miałem kaprys stworzyć kiepski wiersz
I doskonale mi się udało
Ale słuszny ideowo prawie każdy wers
Pedagogiki nigdy za mało

Coś za coś

Gdy zdejmuję okulary
I przymykam oczy
Przestaję dostrzegać brzydotę świata
Za to lepiej widzę
Koszmary w mojej wyobraźni

Muszę przyznać Ci rację

Dziękuję Ci za Twoją stanowczość. Stworzyłaś kordon sanitarny wokół siebie szczelny jak kondom wiodącej marki. Zerwałaś przewody telegrafu, wysadziłaś anteny nadawczo-odbiorcze i strąciłaś laserem satelity telekomunikacyjne. Nawet mój gołąb pocztowy został wypatrzony przez czujnego tresowanego sokoła wypożyczonego z lotniska.


Te wszystkie środki ostrożności są już niepotrzebne. Możesz zwinąć drut kolczasty, a snajperów zwolnić do domów. Zrozumiałem, że masz słuszność, bo o czym mielibyśmy dziś rozmawiać. Pytanie "czego słuchasz?" było ważne w wieku nastu lat. A Ty nie masz już ochoty pogadać ze mną nawet o pogodzie.

Poza tym nawet gdybyśmy znaleźli wspólny język po trzydziestu latach, do czego miałoby nas to zaprowadzić Do łóżka? Śmieszne. A gdyby nawet, to co potem? To może do przyjaźni? Niemożliwe, bo Cię kocham, a ja Tobie jestem zupełnie obojętny.

I w dodatku musielibyśmy działać w podziemiu jak konspiratorzy, bo ani ON ani ONA nie czuliby się komfortowo. Dorośliśmy i już wiemy, co nam wypada a co nie. Zęby i włosy wypadają. Gówniarskie sekreciki już nie.

Tak więc nie musisz się mnie obawiać w jakimkolwiek sensie. Sensualnie nawet Cię już nie pociągam. Poznałaś mnie zresztą w tej materii aż do znudzenia. I w końcu się znudziłaś.
Zawsze ciągnęło cię do "lepszych" ludzi i miejsc. Kiedy na topie był bunt i ekologia, zadawałaś się z różnymi obdartusami i spałaś na dziko pod namiotem. Kiedy ważniejsze stały się pieniądze, zaczęłaś je po prostu zarabiać i wydawać na markowe ciuchy oraz kosztowne podróże po świecie. I inne sprawy związane tylko i wyłącznie z Tobą.

Tak naprawdę to ja nigdy Cię nie znałem. Poznałem tylko jedno z Twoich wcieleń. To najpiękniejsze. A i tak fałszywe. Do dziś pamiętam bajkę o tym, że mnie sobie wyśniłaś. Tylko czy Ty jeszce wierzysz w sny?...

środa, 15 czerwca 2022

Kolejny monodram bez widza

Tak bardzo jestem ciekawy, co u Ciebie. Tak bardzo, jak Ciebie nie interesuje, co u mnie. Czy moje poglądy naprawdę są tak odstręczające, że nie masz ochoty ze mną utrzymywać kontaktu, czy może to tylko pretekst? Nie wierzę, że wszyscy Twoi znajomi myślą identycznie jak Ty. A jednak to mnie spotkał zaszczyt zatarcia istnienia w Twojej pamięci. A przecież dawałem Ci dowody życzliwości. Pamiętasz, jak Cię odbierałem z pracy? A jak towarzyszyłem Ci w drodze do niej? Jak pojechałem z Tobą na lotnisko, kiedy miałaś w planach podróż? A kto był przy Tobie na obronie pracy dyplomowej na SGH? Kto Ci ją oprawił za uśmiech? I to wszystko po naszym rozstaniu! A teraz jestem męczący i strasznie wyglądam? Czym sobie zasłużyłem? Pamiętam, jak po długiej przerwie napisałem do Ciebie sms z pytaniem, czy wszystko w porządku (miałem zły sen, wiem - to głupie), a Ty mi odpisałaś: "Odczep się, a właściwie spierdalaj". To zabolało. Boli do dziś. Co ja Ci takiego wtedy zrobiłem?

Przydam się

Smutek to mój naturalny stan ducha
Umysłu i ciała
Ale jest nieatrakcyjny
Dlatego uśmiecham się szeroko
Aż trzeszczą kąciki ust
I ścierają zęby
A naciągnięte dolne powieki
Wrzynają się boleśnie
W gałki oczne
Czy wiecie że w pracy
Mam opinię komika?
Sypię żartami
Aranżuję zabawne sytuacje
Humorystycznie komentuję
Jestem lubiany i wzbudzam sympatię
Idealna mimikra
I idealny materiał na szpiega
Sabotażystę lub po prostu
Donosiciela
Oferty zatrudnienia należy składać
W nieprzekraczalnym terminie
Do ostatniego dnia mojego życia
O rozpatrzeniu nadesłanych podań
Decyduje data stempla pocztowego

super!

dowiedziałem się o waszym spotkaniu
to piękne że przyjaźń
po tak długim czasie może się odnowić
i że te lata
nie stanęły na przeszkodzie
cieszę się

przepraszam że nie mogłem
w nim uczestniczyć ale obowiązki odrzuconego przed laty psychicznego
nie pozwoliły mi na stawienie się
poza tym nie byłem zaproszony
bo nie masz ochoty
przyjaźnić się ze mną

naprawdę miło że nie zapytałaś o mnie
a kiedy już padło moje imię
westchnęłaś z politowaniem
dobrze wiedzieć że u ciebie
wszystko po staremu
żadnych rewolucji
to by mogło ci zaszkodzić
tak przecież cenisz święty spokój
w przeciwnym razie
na cóż ta cała joga i medytacja

dziękuję ci że nie kazałaś mnie pozdrowić
jeszcze by mi się do reszty
przewróciło w głowie
poza tym kto normalny
pozdrawia zakurzone rupiecie ze strychu

wtorek, 14 czerwca 2022

wiersz banalny

jakżeż mam rozbić granit kruchym słowem

s ł o w o

t o

t y l k o

m y ś l

wyrażona mową lub pismem
niedoskonałymi systemami komunikacji
zwykła iskra elektryczna między synapsami

mój głos nie ma mocy trąb jerychońskich
a pojedyncze uderzenia w klawiaturę
nie toczą kroplami deszczu twojej czaszki
by dostać się do ośrodka odpowiedzialnego za uczucia

jesteś twierdzą niezdobytą
widzę cię codziennie w oddali zamgloną
a jednak otoczoną solidnym murem 
z ułomków dawnych niechlubnych zdarzeń
zlepionych trwale pogardą
to najlepsze spoiwo
łzy go nie rozmyją
ani pijacka uryna
nie ruszy go nic
a wystarczyło
nie zgubić
klucza
do...
...

Kubuś

(dorosłe dziecko Brzechwie)

A ten Kubuś, choć niemały,
Chyba strasznie jest nieśmiały:
Nie ukłoni się sąsiadce,
Z którą mija się na klatce,
Głowę spuszcza i nie widzi,
Czyżby się tak bardzo wstydził?
Nie przytrzyma drzwi dozorcy,
Choć to przecież żaden obcy.
Wszystkich mija tu bez słowa,
W telefonie wiecznie głowa,
Zaś w tramwaju, autobusie
Zawsze już się rozsiąść musi.
Głowę znowu przy tym spuszcza
I nie widzi, że staruszka
Musi stać, gdy on wygodnie
Obserwuje własne spodnie.
No bo Kubuś jest z tych osób,
(Co zrozumieć jest nie sposób)
Które myślą, że są lepsze,
Najmądrzejsze, najpiękniejsze,
Więc im wszystko się należy,
I świat ma się z tego cieszyć!
Żal mi tego egoisty,
Życie będzie wyboiste
Bez przyjaciół jakichkolwiek,
Gdy dorośnie taki człowiek.

Myśli samobójcze? Z tym naprawdę da się żyć!

Nienawidzę cię, bo cię kocham. Czego tu nie rozumieć?
"Już na zawsze będziesz w moim sercu..."

Tylko PO CO???
Od twoich włosów
Zajęły się drzewa
Nadeszła jesień

Do pełni szczęścia brakuje mi tylko kilku głów nad kominkiem. No i kominka.

Uśmiech dziecka jest najpiękniejszą rzeczą na świecie. Zaraz po grymasie bólu na twarzy wroga.

Mój sposób na życie? 
Samobójstwo.

Żony dzielimy na niedoszłe, byłe, obecne i przyszłe. I żadnej z nich nie sposób zrozumieć.

Czy niewidomy może odczytać słowa z ruchu warg dotykiem?

Ożeniłem się, bo czułem się przy niej kimś wyjątkowym. Po latach okazało się, że jestem w jej oczach wyjątkowym kretynem.

Nie wiem, czy kobiety starzeją się szybciej. Pewne, że robią to głośniej.

Z bliska
Czar pryska

Depresja? Hop... Plum!!! 
I już nie ma smuteczków nad rzeczką.

Poezji nie lubię i nie czytam, zwłaszcza lepszej niż moja własna.

Samogwałt jest jak gorzkie lekarstwo: świństwo, ale dobrze robi.

Umarli nabierają dystansu do swoich ciał.

I miłość do siebie bywa miłością bez wzajemności.


Nieuchwytność

Od kiedy przysługuje miano poety?
Od pierworodnego wiersza,
Czy od pierwszego druku gdziekolwiek?
Czy jest ono dożywotnie czy tymczasowe
Jak puchar przechodni?
A może uprawnia do niego pierwszy zachwyt
Nad smakiem mleka matki,
Euforia po przejechaniu kilku metrów nie upadając
Na rowerze bez bocznych kółek,
Ekstaza podczas oglądania zachodu słońca,
Na osiedlowej górce,
Czy też pierwszy w życiu nabożny lęk 
Na widok pająka w wannie
Albo bliskiego uderzenia gromu?
No więc - od kiedy?
I na jak długo?

Aneto

Jeśli to ty tu zaglądasz dyskretnie
Późnym wieczorem albo o brzasku,
Proszę, odciśnij swój ślad sekretny,
Jak dłoni na plaży przyprószony piaskiem.

Wpisz jedno słowo lub chociaż inicjał
Twego imienia, co dźwięczy mi w duszy,
Postaw choć kropkę, ażebym wiedział,
Że może mój wiersz dziś cię poruszył.

No dobrze już, dobrze, dosyć tej szmiry,
Ale sama przyznasz, że całkiem udana?
Już tego kajmaku ciągnąć nie mam siły,
Zbyt dużo cukru i otyłość murowana!

Oświadczenie

Szanowni Czytelnicy, odbiorcy moich wierszy,
Spieszę wyjaśnić teraz pewną sprawę,
Bo widzę, że już od liryków najpierwszych
Powody ich narodzin budzą w Was obawy

O stan mego umysłu z sercem sprzęgniętego,
Jak para koni ciągnących karawan,
Czy wszystko z nim dobrze, bo z byle czego
Nie robi się w duszy taki bałagan.

Więc odpowiadam: nie przesadzajcie,
Nie łączcie tak ściśle wymysłów z życiem,
Podmiotu lirycznego nie utożsamiajcie
Nadmiernie z autorem, bo się pogubicie.

Co jest prawdą, to jedno, co kreacją, to drugie,
Mam jeszcze do siebie dystans na szczęście.
A że wyolbrzymiam? Po prostu tak lubię,
Możecie mi wierzyć, nie chcecie - nie wierzcie.

Z prochu w proch

Rozkruszam w dłoni suchy liść
I patrzę jak powstały pył
Zmienia położenie w przestrzeni euklidesowej
Aż w końcu opada na ziemię.
Pewnego dnia to Bóg
Rozkruszy mnie w dłoni na pył.
Czy i ja jestem tylko liściem?
Czy jestem tak samo nieważny?
Czy będę tak samo zapomniany?

Jeśli się mylę, zaprzecz

Sądzę, że poezja tak naprawdę
Mówi o grozie przemijania.
Utrwala twarze jak fotografia,
Uwiecznia miejsca i zdarzenia
Ze strachu przed śmiercią.
Jest w tym naiwność szamana
Wierzącego w moc swoich zaklęć.
Zatrzymanie fragmentu czasu
To jak nabranie kubka wody
Z rwącej rzeki. Ona nadal płynie,
Aż do unicestwienia w zlewisku,
Zatem próżnym jest trud poety.
Wszyscy umrzemy, a księgi zbutwieją.
Nawet serwerom skończy się kiedyś
Zasilanie. Tutaj nie zostanie po nas nic.

Publikacja w Akancie